Na zielonej wyspie (09.2009) - wędkując w Irlandii

2009-11-06

Zdjęcia: Marcin Sułkowski (Bigos), Maciej Drewek, Maciej Król

W ostatnich latach wielu Polaków wybrało Zieloną Wyspę jako nowy, łatwiejszy do życia dom.
    Niemal każdy z nas zna kogoś, kto podjął trudną, życiową decyzję i pracuje w Irlandii. Znam i ja. Od pewnego czasu wsłuchiwałem się w opowieści o niezliczonych łososiach wchodzących na tarło, gigantycznych pstrągach potokowych, czy wielkich szczupakach. Traktowałem te doniesienia ze sporym sceptycyzmem, jak większość podobnych, zasłyszanych od wędkarzy. Jednak zdjęcia, którymi byłem zasypywany (widzicie je poniżej) przekonały mnie do wyjazdu. Postanowiłem, korzystając z promocji linii lotniczych, wyskoczyć na krótki, trzydniowy zwiad.

Nim przedstawię relację ze swojego krótkiego pobytu, chciałbym pokazać, w jak brutalny i niehumanitarny sposób byłem namawiany do odwiedźin Zielonej Wyspy. Zdjęcia te pozostawię bez komentarza, bo i nie ma czego komentować, wielkie pstrągi, szczupaki, łososie i tyle.



































































































































































Gdy dotarłem na miejsce było zbyt późno na wędkowanie. Pora była odpowiednia na wizytę w prawdziwym irlandzkim pubie.





Sucho, leć na Guinness'a - fajna gra słów.





Trofea Bigosa, pstrągi z jeziora Corrib rasy ferox. Każdy powyżej 8 kg.




Irlandzki krajobraz



Łososiowa miejscówka. Klamry wbite w skałę mają ułatwiać życie wędkarzom.


Nie było mi jednak dane zamoczyć w niej much, Bigos zarekomendował inną rzekę.


Przyznam, że byłem nieco rozczarowany. Rzeka, w której postanowił łowić nie wyglądała zbyt imponująco.


Po dosłownie kilkunastu rzutach, wyrobiłem sobie zupełnie inna opinnie na temat tej wody. Mój pierwszy, irlandzki pięćdziesiątak.


Jeszcze raz ten sam (nie mogłem sobie odmówić pokazania drugiego zdjęcia)


irlandia


Po jakimś czasie doławiam łososia. Po prostu raj odnaleziony!!!








Bigos również nie próżnuje, to w końcu jego woda.








Po chwili łowi kolejnego, ja też łowię ale czterdziestaki, jego zdaniem nie warte by wyciągnąć z plecaka aparat.








Po owocnym dniu na rzece Bigos postanowił wprowadzić mnie w arkana muszkarstwa jeziorowego. Na poligon wybiera estuarium, połączone podczas przypływów z oceanem a co za tym idzie z nieco zasoloną wodą.








Ryba pozna fachowca.


Ta estuariowa forma pstrąga jest nazywana slob trout





Tymczasem ja łowię muleta, podgatunek cefala. Nie wyobrażacie sobie nawet jak ta ryba walczy!





Niestety pogoda sprawiła nam przysłowiowego psikusa. Wyszło słońce co zdarza się w tych stronach kilka razy w roku. Ryby były przerażone i za nic nie chciały współpracować. Pozostało udać się nam na wycieczkę krajoznawczą.



































Wymarzone miejsce na wieczny spoczynek.













































































Okryte legendą jezioro Corrib.





Jak Polak ze średnią znajomością języka może przetłumaczyć ten napis?








Kolejnego dnia, tym razem z Maciejem ruszamy na legendarne, słynące z ogromnoch pstrągów jezioro Corrib. Pogoda wraca do normy, jest bardziej irlandzka.























Łowiąc muchą w jeziorze rzucamy z wiatrem (to bardzo ważne). Nie trzeba rzucać daleko bo dryfująca łódź sama napływa na nowe miejsca.








Pstrążek z jeziora Corrib. Niestety nieco mu brakuje do ogromnych feroxów








A to już przesada, żeby jednocześnie mieszkać na dwóch wyspach!


Ja niestety musiałem (z mocnym postanowieniem powrotu) wracać do domu. Jednak nim wylądowałem w kraju w mojej skrzynce mailowej pojawiły się kolejne zdjęcia.




 Gotujcie się na kłopotliwą gościnę. Na pewno nie odpuszczę.


Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS