Mandżuria / wschodnia Mongolia - Tropem ostatnich Tajmienii

2009-07-21

zdjęcia: Rafał Słowikowski, Paweł Kobyłecki, Michał Wiącek i Maciej Król 

Po długiej podróży z Warszawy do Moskwy a z tej do Ułan Bator znalazłem się na lotnisku Czyngis Chana.

Wszystko wydarzyło się nagle, miałem zaplanowaną wyprawę na półwysep Kolski. Osobiste perypetie sprawiły iż nie mogłem w niej wziąć udziału.  Za to klub globtroterów Bayangol szukał chętnych na wyjazd do Mongolii. Zawsze marzyłem aby ten kraj odwiedzić. Podjęcie decyzji zajeło mi dobę.

 W Ułan Bator dokonujemy niezbędnych zakupów. Jakże później mieliśmy żałować, że nie nabyliśmy konserw, "chińskich zupek", itp. Mongolska kuchnia miała okazać się nie do zaakceptowania, przez nasze, w końcu europejskie żołądki. 

 

Za miastem stoi ogromny pomnik chana chanów. Podobno władze dumne z twórcy potegi Mongołów planują całe miasto otoczyć takimi monumentami. Moim zdaniem lepiej gdyby zainwestowano w drogi. Co kraj to inne priorytety.

 Po drodze przez step zajeżdżamy do restauracji. Kuchnia smaczna bo chińska. Obsługa interesująca.

 Wdzięki kelnerki nie robią jednak na Pawle żadnego wrażenia.

 

 Jednak nie wszyscy potrafili zachować taką obojętność.

 

 W mijanym miasteczku naszą uwagę przyciąga dość archaiczna fryzura tego chłopca. I nie tylko ona.

Step, jurta, postanawiamy zajść z gościną i spróbować mongolskiego caju. Nasz przewodnik wznosi powitalny okrzyk nochoj chor! , tzn. „uciszcie psy”

Widać, że najnowsze zdobycze cywilizacji nie są obce gospodarzom. Panel słoneczny, antena satelitarna....

 

 Wodę gotuje się na suszonych krowich odchodach. Jedynym dostępnym na stepie opale.

 Magiczny rytuał parzenia herbaty pobudza kubki smakowe.

 Najpierw wrzątek

 

 Później mleko

 

 

Dobra mina do złej gry.
Poza herbatą, wodą, mlekiem, w skład takiego napoju potrafi być dodane masło a nawet suszone mięso. Mi caj wyjątkowo nie smakował, chociaż nie wszyscy podzielali tę opinię. 

 

 Jadąc przez step napotykamy baktriany, dwugarbne wielbłądy.

 

 

 

 

Drugiego dnia podróży mijamy wioskę. Jurta z pomarańczowymi drzwiami to przydrożny bar.

W niej dane nam będzie (oczywiście tym, którzy w Mongolii są po raz pierwszy), doświadczyć czym jest kuchnia koczowników.

 

 

 Każdy z rodziców pragnie by syn był podobny do Temudżyna, chana chanów

 

 

 

 Dziecko udające, że rozmawia przez telefon. Takie samo zdjęcie można zrobić już chyba wszędzie na świecie.

 

 Tradycyjne mongolskie siodło.

 

 TV satelitarna, telefonia komórkowa dotarły pod jurty, pralki puki co nie.

  Jedzenie dla psa.

 

Wypoziomowane łóżko w jurto barze. A tak na poważnie prawdopodobnie ochrona przed insektami.

Caj został podany, koledzy udają ,że śpią by uniknąć wątpliwego poczęstunku. Jednak nie każdy na mongolskim łóżku może wygodnie się ułożyć.

  Jeden z naszych kierowców dobrał się do kożucha na mleku. Podobno to przysmak.

  A oto danie główne, suszone mięso, ledwo zagotowane, bez dodatku przypraw.

  Bez komentarza

 

 Jednak ktoś przed nami nieźle tu kiedyś podjadł. Ile bym dał za leczo pieczarkowe.

  A oto szefowa kuchni. Na gwiazdki Michelen'a raczej nie ma co liczyć.

 Nasze jedzenie trafiło do miski psa, ten jednak nie był zainteresowany. Zapewne do czasu.

 

 Bilard, narodowy sport Mongołów.

 TV satelitarna, motocykle to ewidentne oznaki statusu

  Jadąc przez step trafiamy na to.

  Fotografujemy...

  Żonę naszego przewodnika

  Postój

U nas trudniej zobaczyć wróbla, niż orła na stepie

 

 

  Z braku drzew gnieżdżą się na ziemi.

Jadąc stepem nie widzieliśmy żadnych śmieci a tu proszę, w gnieździe orła, stary kalosz, drut kolczasty, strzępy opakowań

 

 

 

 

  Samotny jeździec. My wyglądaliśmy dla niego równie egzotycznie jak on dla nas.

  

 

 

  Czaszka gazeli, ciekawe czy padła naturalna śmiercią?

 

 

  niezły materiał

 Niezwykle płochliwe gazele dżereń

 

 

 

 Droga krajowa (dwupasmowa), łączy dwa najwieksze mongolskie miasta Ułan Bator z CzoiBalsan

 

 

 

 

 

 

  Im dalej na wschód, tym jakość drogi się pogarsza

 Po drodze mijamy jednostkę wojskową, której dzielni żołnierze strzegą mongolskiego stepu przed chińską inwazją. Wita nas sam dowódca w randze półkownika.

 Rozegranie partyjki bilardu jest w dobrym tonie

 

 

  postój

  nad ranem docieramy do naszej rzeki

 

 

  Na strudzonych wędrowców czeka jurta

  Czas dobrać przynety

 

 

  Gdy wszyscy ruszyli w górę, ja poszedłem w dół

 Widząc ślady tej wielkości (chyba wilka) poczułem się nieswojo

 

  Jeden z pierwszych tajminii

 

 

  Lenok na sucharka

 Będąc w Mongolii wszyscy koncentrują się na tajminiach zapominając o przepięknych i walecznych lenokach

 

 

  Król mongolskich rzek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Niestety, nawet tam widzimy ślady kłusownictwa

  Metrowa ryba zawsze budzi dumę łowcy i zazdrość kolegów

  Prowiant

  Dzięki palonym papierosom mięso wiszące na ścianach namiotu zapewne podlega konserwacji

 

 

 Dziki czosnek, pomagał zabić smak potraw

 

 

 

  W jurcie było „ po domowemu”

  Pełnia a ryby brały

 

 

  Ruszyliśmy konno poznać rzekę

  Z góry podziwialiśmy jej piękno, wypatrywaliśmy też potencjalnych miejscówek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Koń jaki mi przypadł nie był wiele większy od psa, jednak dzielnie znosił moją nadwagę

 Na miejscówce

 

  Ryba lubi fachowca

 

 

 

  Nikt nie może narzekać na brak emocji

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 Krótka przerwa od tajmienii

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  W pełnym rynsztunku

 

 

  Rafał pozostawał wierny spinningowi

 

 

  Pstrąg amurski

 

 

 Tym razem okazały lenok

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Bankówka

 

  101 cm

 

 

 

 

 

  

 

  Dopiero w ujęciu z góry widać jaką potężną rybą jest tajmień

 

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Te powyżej 95 cm dawały się podbierać za ogon, z mniejszymi zawsze był problem

 

 

 

 

  ruda mucha, to był klucz do sukcesu

 

 

 

 

  w raju

  W celu poprawy jakości menu nazbieraliśmy małży

  Udusiliśmy je z cybulką i szafranem

 

 

 

 Jednak proces obróbki termicznej prawdopodobnie był zbyt długi, smakowały jak opona - mimo apetycznego wyglądu

 

 Wyszło słońce, czas wysuszyć przemoczone rzeczy

  i muchy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 chruscik - był wielkości wskazującego palca

 

 

  Spory pająk, na grzbiecie niesie młode pajączki

 132 cm, największa ryba wyprawy 

 i jeszcze raz największa ryba wyprawy 

 to ciągle ta sama największa ryba wyprawy 

 to cały czas ona 

  a teraz dopiero widać jej długość

 

 

  to też ta sama, największa ryba wyprawy

  Rójka jętki majowej

 

 

 

 

  pstrąg amurski

  tajmień i ciągle poważna mina Rafała

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Długo sądziliśmy, że mamy doczynienia z legendarną żmiją mandżurską. Okazało się jednak, że to dość pospolity mokasyn dalekowschodnii.

 

 

 

 

  Na ukąszenia byliśmy narażeni nie tylko ze strony żmij

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Nie zabiliśmy ani jednego tajmienia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Czas kończyć przygodę 

 

 

  chociaż droga powrotna też okazywała się niezłą przygodą

 

 

 

 

Posterunek straży granicznej

 

 

 Latryny, ta niebieska to latryna oficerska

 

 

 

  Pozostałość po socjaliźmie, niszczejące blokowiska

  i znowu przez step

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 opał a raczej góra gówna 

 

 

 

 

  to była jedyna kałuża w promieniu 100 km

 

 

 

 

 z owcą na motorze

 

 

 

 

 

 

 

  kurchan, tu ludzie odzyskują wzrok, władze w nogach, itp

 

 

 I w końcu jesteśmy w Ułan Bator. W parlamencie odbywa się zaprzysiężenie prezydenta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  Powstali nawet wojownicy Czyngi Chana

  Żegna nas piwo, które jak wszystko w Mongolii nawiązuje do czasów świetności tego kraju. Nie tylko dla jego smaku powrócimy.

 


Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS