Półwysep Kolski - Tam gdzie lipienie walczą jak łososie a łososie biorą jak lipienie (09.2008)

2009-07-10

Po dwuletniej przerwie powróciłem na Półwysep Kolski. Tym razem postanowiliśmy przetrzeć ten szlak nie wiosną a jesienią. Wyprawa była kompletną niewiadomą. nie wiedzieliśmy czy na pewno trafimy na ryby. Nie wiedzieliśmy czy surowa rosyjska aura pozwoli nam na rozbicie obozu.

Wieś po rosyjsku to djerewnia. Nie widziałem w tym kraju wiosek zbudowanych z innego materiału.




W całej Rosji odbudowuje się cerkwie. W djerewniach rzecz jasna, że z drewna.











W tych stronach właściciel takiego trójkołowca podnosi swoje szanse na wymianę materiału genetycznego.


Po prostu CZAS








Ważne, że antena satelitarna ma się jeszcze czego trzymać.





Wbrew pozorom sklepik jest nieźle zaopatrzony. Mozna kupić piwo i chleb. Czy trzeba coś więcej?


Dalej gruzawikiem przez tajgę.


Wszechobecny kult wodza.


Morze Białe.





Tyle pozostało z "Titanica". Jak wygladał wcześniej można zobaczyć w poprzedniej relacji z wyprawy na Półwysep Kolski.


Ujście Warzugi. Przeprawiamy się przez rzekę by ruszyć dalej na wschód.























Przeprawa przebiega sprawnie.


Dalej będziemy się poruszać wzdłuż wybrzeża Morza Białego. Stary Ził, rocznik 1969 to odpowiedni pojazd by przewieść nas i bagaże.


Pojazdy północy.





Ten typ wjezdochodów jest używany coraz rzadziej. Pali 100 litrów ropy na godzinę . Nie stać na nią ich właścicieli.





Sanie, niezawodny środek transportu podczas zimy.


Po drugiej stronie Warzugi.











Poprzez tundrę








Zatrzymujemy się przy chałupie dwóch rybaków. 30 km w lewo i w prawo nie mają sąsiadów.


Poza rybami pozyskują inny rodzaj białka.











Tundra wita nas kolorami jesieni.





Nie możemy się napatrzeć na te kolory.





Każdy zapragnął zawiść do domu ten niesamowity widok.


Kołchoz w Czawandze.





Wszędzie otaczają nas zniszczone maszyny. Niemi świadkowie innych, bardzo dawnych czasów.











Gdy jedni pracują, inni zajowszy strategiczną pozycję wydają polecenia.


Dotarlismy nad rzekę, rozbiliśmy obóz. czas rozpocząć rybałkę.





Ognisko, zupa ucha.





Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje.





Śniadanie.


Cztery porządne wędki i jedna czarna owca w stadzie.


Równie dobrze brały przy obozie jak i o dwie godziny drogi od niego.








Sreberko




















Ślicznie wybarwiony samiec łososia atlantyckiego. Jego barwy godowe przypominają kolory tundry.











Tym razem srebrny.


Na łososiowe muchy brały czasem pokaźne lipienie.

















Syty łososi wziołem lekką wędkę i udałem się na lipienie.


Człowiek szczęśliwy.


Człowiek syty.








Jak się umie to nie sztuka!





Wieczory upływały na odbudowie arsenału silnie łownych przynęt.


Jak widać, warto było.











Jeden z wielu.


Poranek


Słupek rtęci spadł do - 12C


Woda zaczeła zamarzać. Zima nadciągała nad Czawangę. Czas się pakować.


Jednak podczas dnia wracają dodatnie temperatury.





























Rafał nie odpuszcza łososiom.


W obozie pojawił się pies. Z początku sie go obawialiśmy, jednak okazał się przdatnym strażnikiem. W zamian żądał niewiele, trochę rybiego miesa.




















Ostatni łosoś



I czas się pakować.







Za rok wrócimy.

 


Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS