Półwysep Kolski - Cieławiek Trudam Sławien (06.2006)

2009-07-10

 zdjęcia: Rafał (Trenejro), Grzegorz, Robert i Maciej

 

O łososiach łowionych na Półwyspie Kolskim słyszałem wiele legend. Zestawiając je z relacjami wędkujących w Norwegii, brzmiały nieprawdopodobnie. Bardzo chciałem odwiedzić ten zapomniany przez Boga i ludzi kawałek Rosji. W końcu nadarzyła się okazja, z której skwapliwe skorzystałem.
 
Przekraczamy Krąg Podbiegunowy. Nie wiem dlaczego ale tutaj każdy dokonując tego, wiesza kawałek szmaty bądź papieru (może być toaletowy).
Obraz całości raczej zamiast uświetniać, obniża rangę wydarzenia

 

Droga ciągle jeszcze była znośna. Oczekiwaliśmy w napięciu na jej koniec.  

 

  Rzeka Kalwica, Nie było dane nam zamoczyć w niej naszych woderów. Nie posiadaliśmy licencji a za łowienie bez niej grozi w tych stronach kara ostateczna. Więc z zachwytem obserwowaliśmy jej wartki nurt.  

 

 

 Jest 9-wiąty czerwca. W tajdze wczesna wiosna.

 

 

 

 

Rzeka Umba, ujście. 

 

 

 

 

 Miejscowość w zestawieniu z mijanymi później była nad wyraz zindustrializowana.

 

 

 

 

Chałupa może się walić ale okienne ramy niemal zawsze są odnowione. 

 

 

 

 

Dalej nawet terenowe samochody już nie pojadą. Należy definitywnie zmienić środek transportu.

 

 

 Ciekawe urządzenie do trolingu. Pozwala prowadzić przynęty z boku łodzi. Do tej pory sądziłem, że to amerykański patent. Teraz śmiem powątpiewać.

 

 

 Rzeka Warzuga

 

 

 A na jej brzegach istne cmentarzysko „środków pływających”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróżując po Rosji należy uzbroić się w pokorę i cierpliwość.  W końcu jakaś łódź musi po nas przypłynąć. 

 

 

 

 

 i w końcu płynie 

 

 

Zostawiamy samochody i wrak Titanica na prawym brzegu. Dalej będziemy podróżować mniej wyrafinowanymi pojazdami. 

 

 

 

 

Do sławy poprzez trud, to wzniosłe hasło tu się nie sprawdziło. 

 

 

Lewy brzeg Warugi to także cmentarzysko wraków i starych domostw. Mimo pierwszego, mylnego wrażenia, wcale nie opuszczonych. Tam ciągle żyją ludzie! 

 

 

 

 

 

 

Luźno rzucone deski zastępują chodniki. Można przejść suchą nogą. 

 

 

 

 

 Czy to cmentarz kotwic? Nie udało nam się ustalić.

 

 

 

Ropa, bez niej życie tutaj byłoby niemożliwe. Mieszkańcy zużywają jej ogromne ilości, kutry na wodzie, wiezdochody na lądzie sporo palą. 

 

 

 

 

  Sasza musi być w Kuzomieju kimś znacznym.

 

 

 

 

 Miejscowe psy przypominają syberian husky,  może nie są w stu procentach czystej krwi ale w zaprzęgach są niezastąpione.

 

 

Nasza cierpliwość znów jest wystawiana na solidną próbę. Ludzie o słabych nerwach nie powinni się udawać w te strony. Podróż i zaskakujące zwroty akcji mogą ich zabić. 

 

 

 

  

Humory dopisują. A może to nerwowy śmiech? 

 

 

 Tym Ziłem (rocznik 69) będziemy jechać pół dnia wybrzeżem Morza Białego. Jeśli nikt nie spadnie to prawie będziemy na miejscu. 

 

 

 

 

 

 

 Morze wyrzuca na brzeg pnie drzew, czasem beczki. Na obszarze pokrytym tundrą, pnie stanowią darmowy opał. 

 

 

 Tundra wiosną, oraz linia elektryczna dostarczająca światło w jej najdalsze rejony. 

 

 

  Kołchoz "Wschód Komunizmu" o świcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

Wjezdochod, prawdziwa "wisienka na torcie" podczas naszej podróży.

 

 

 Kolejny przeładunek bagaży

 

 

 Rafał komandiruje

 

 

 Suszone ryby są dla Rosjan wyborną zakąską

 

 

 

 

 

 

 miejscowy chłopiec

 

 

 

 

 Właściciel tego trójkołowca zapewne podnosi swoje szanse na wymianę materiału genetycznego w tych stronach.

 

 

 Po krótkiej, jednak pełnej wrażeń przejazdżce wjezdochodem, dotarlismy do celu.

 

 

 Migiem rozstawiliśmy obóz, mimo zmęczenia każdemu było śpieszno na ryby.

 

 

 Grzegorz nie czekał zbyt długo.

 

 

 

 

 

 

 Mi szło znacznie gorzej, brak doświadczenia w posługiwaniu się dwuręczną wędką muchową obniżał moje szanse na branie pierwszego dnia.

 

 

 Za to kolejnego było znacznie lepiej.

 

 

 Dumny łowca

 

 

 A tego złowiłem przy samym obozie.

 

 

 under hand

 

 

 i okazałay samiec

 

 

 Przywieźlismy ze sobą namiot, w którym po zakończonym łowieniu mogliśmy dzielić się wrażeniami.

 

 

 Przywieźliśmy także toaletę, wykonaną z jesionowego drewna, by można było wygodnie, w spokoju, przy wysokiej kulturze, przeglądać poranną prasę.

 

 

 

 

 Jaba

 

 

 

 

 Czasem, jako przyłów  trafiały się pstrągi.

 

 

 Smolty łososi brały równie agresywnie jak ich starsze rodzeństwo.

 

 

 Srebro

 

 

 

 

 silnie łowna

 

 

 Jaba

 

 Robert

 

 

 Trener

 

 

 i ja

 

 

 

 

 zapas

 

 Pod skarpą łososie brały tak sobie, za to można było liczyć na wielkiego lipienia. Oczywiście jesli komuś chciało się bawić suchą muchą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Takich było najwięcej.  Świeże, srebrne ryby, nawet te mniejsze, walczyły doskonale.

 

 

 

 

 

 

 

 

 Umówiliśmy się, że codziennie dwie osoby łowią tylko przy obozie, notabene bardzo dobrym miejscu. Dodatkowym obowiązkiem uprzywilejowanych było przygotowanie posiłku dla reszty grupy. Tutaj dyżurny podczas wykonywania swoich obowiązków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 Piwko nad wodą. Angielski Lord i chłopak z Podlasia. Widać wędkarstwo niweluje różnice stanowe.

 

 

 Łowienie łososi wymaga odpowiedniej oprawy.

 

 

 

 

 Dyżurnii w kuchni starają się dogodzić wysublimowanym podniebieniom reszty grupy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Może warto ukręcic muszkę w takich kolorach? Pstrągi pewnie by się w niej rozsmakowały.

 

 

 

 

 Poranna kawa.

 

 

 Poranny łosoś.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Mimo ekstremalnie trudnej podruży, milionów meszek i komarów obiecujemy sobie, że wrócimy za rok.

 

 

 


Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS