Nil - wrota Afryki. W krainie czarnych faraonów. Relacja z wędkarskiej wyprawy na okonie nilowe (10.2007)
2009-07-03
Mieliśmy pojechać na Lofoty, jednak wyszło inaczej. Tak naprawdę wyszło zupełnie odwrotnie. Chłody Arktyki zamieniliśmy na afrykańskie upały. Waleczne czarniaki zastąpiliśmy nie mniej silnymi okoniami nilowymi. Królami jeziora Naserat, leżącego w Nubii na pograniczu Egiptu i Sudanu.
Widok na Nil z okna pokoju hotelowego w Luksorze
Z Luksoru udalismy się do Asuanu, gdzie przygoda się rozpoczeła. Podzieleni na pary zostaliśmy rozlokowanii na nieduże łódki, które miały się stać naszym domem na najbliższy tydzień. Ruszyliśmy w górę Nilu a raczej w górę jeziora Naserat.
Nasi przewodnicy chcieli pierwszego dnia odpłynąć jak najdalej od Asuanu. W mieście wybudowano przetwórnię rybną co bezpośrednio wpłyneło na zdziesiątkowanie populacji okonia nilowego.
Rybacy, na początku naszej podruży mijaliśmy wile takich łodzi.
Muhamed, Nubijczyk, nasz przewodnik. Utrzymuje swoją rodzinę dzięki turystyce wędkarskiej. Gdy spoglądał na arabskich rybaków, jego ręka zaciskała się na wędzisku niczym na włóczni.
Zachody słońca nad Nilem trwaja zaledwie kilka minut. Słońce zachodzi tak szybko, że ma sie wrażenie iż ktoś po prostu wyłączył światło.
W tej zatoce spędzimy noc.
Była to podobno świetna miejscówka na afrykańskie sumy. Niestety, nasze gruntówki stały jak zaczarowane.
Pełni nadzieji ruszamy o poranku.
Okoń nilowy. Biorąc pod uwagę rozmiary do jakich dochodzą te ryby - mały. Jednak w porównaniu do ryb jakie zwykle łowimy w Polsce - całkiem spory.
W trolingu
Pierwszy Jasiowy okoń nilowy. Wziął z opadu z bardzo głębokiej wody. Nie dało się go zreanimować. Przygotowany na grilu smakował wybornie. To chyba najsmaczniejsza słodkowodna ryba jaką jadłem w życiu.
Znów rybacy.
Po rozstawieniu sieci, uderzeniami wiosła o wodę naganiali w nie tilapie. 
Guide
Kolejny

W ciagu dnia panował niewyobrażalny upał. Kąpiel pozwalała na chwilę obniżyć temperaturę ciała. Pozornie - bo cisnienie rosło, wszędzie mogły być krokodyle.

Mimo, że wykupiliśmy pakiet dla naszej polskiej grupy, dołączono do nas samotnego wędkarza z Japonii. Podziwialiśmy go, przyjechał samemu i udał się na wyprawę w góre Nilu z grupą nieznajomych Polaków. 
Połów nadymek urozmaicał postoje. Wbrew pozorom ta niewielka ryba walczyła niezwykle zacięcie. Małe gumki i delikatna wędka to ekwipunek o jakim nie wolno zapomnieć wybierając się w tę podróż.
Połów okoni z brzegu również dostarczał dużych emocji, znacznie większych niż podczas trolingu.


Raczej nie mają problemów z chwytaniem zdobyczy.

Przewodnicy prosili nas o ostrożność podczas przebywania na lądzie. Wszędzie miało się roić od skorpionów. Traktowaliśmy te opowieści jak bajkę o żelaznym wilku wymyśloną pod turystów. Jednak Muhamed podniósł pierwszy z brzegu kamień i natychmiast zagniótł wybiegającego z pod niego skorpiona.

Sukces ma wielu ojców.
Rybacy
"Rybacka osada"
Nie było wielu chetnych do robienia zdjęć z tigerem.



Znów stawiamy gruntówki. I znów bez sukcesów.


Za naszymi łodziami płynął statek baza. Na nim spali nasi przewodnicy, tam tez mieściła się kuchnia i magazyn lodu, w którym trzymaliśmy nasze browary.
My spaliśmy na łodziach.

Obowiązkiem tego człowieka było tylko zmywanie naczyń, ktoś inny podawał nam jedzenie, ktoś inny gotował a jeszcze ktoś inny czytał Koran. W sumie nasza ośmioosobowa grupa utrzymywała 12 osób tzw. obsługi.










Zmęczony afrykańskim słońcem oraz wieczorną biesiadą wygrzebałem 20 dolarów i wynajołem spośród licznej załogi statku bazy człowieka, który podczas trolingu trzymał moje wędzisko. Przyniósł mi dużo szczęścia. Tego dnia wyholowałem najwiecej okoni.
Jak zwykle, sukces ma wielu ojców.






Oczy okoni nilowych zażyły się niczym hutnicze piece.

W tym miejscu, chwile po tym jak wyszliśmy z wody wypłynął krokodyl. Nie był zbyt wielki, jakieś 1,7m. Niemniej odpuściliśmy sobie higienę.

Tilapia, kiedyś trzymałem je w akwarium.




Każdy starał się złowić rybę jak najbardziej podobną do siebie.
I tutaj nie da się zaprzeczyć ewidentnemu podobieństwu.







Kropla w kroplę

Cocacolę można wzmocnić a Allach nie widzi.
Można stracić nos.


Jakieś 25 kg 






hipopotam powiadacie?






Pod koniec wyprawy rozpuścił się lód, który gwarantował jakość zapasów na statku bazie. Postanowiliśmy od rybaków kupić świeżych tilapii. Cena jaką zarządali nieco nas zdiwiła. Poprosili o szklankę whisky.
I tak, poraz kolejny, biały człowiek sprowadził tubylców na złą drogę.




Dla ochrony, w końcu byliśmy pod Sudanem.
I wylądowaliśmy znów w hotelu w Luksorze. 
Nieco wygłodzeni zamówiliśmy chyba całą kartę.
I skończyliśy jak te liberały.
© Wszelkie prawa zastrzeżone przez Rybolownia.pl
