Alaska - łowiąc na rybnych wodach indian Athabaska. Wyprawa na łososie pacyficzne. (08.2008)
2009-07-03
zdjęcia: Andrzej Kulka, Maciej Król i reszta Kulka Group
Alaska to miejsce na świecie, które raz w życiu chciałby odwiedzić prawie każdy. Przygody poszukiwaczy złota, dzika, nietknięta natura, opisane w powieściach Jack'a Londona rozbudzały wyobraźnie niemal każdego chłopca. Przyszedł czas aby zrealizować marzenia. Na przełomie lipca i sierpnia, w okresie gdy powinna nastąpić największa kumulacja ciągów pacyficznych łososi, ruszyliśmy na Alaskę.
Po wielu przesiadkach lądujemy w Anchorage, największym mieście Alaski. Drewniane budy stoją obok wieżowców, wszędzie samochody terenowe - Ameryka!
Wejście do pubu, chyba tylko dla Eskimosów.
Anchorage żyje z wędkarzy i myśliwych, dla których miejsce to oznacza początek przygody.
I "nowoczesność" dotarła pod alaskańskie strzechy.
Dziwne miejsce na reklamę wyborczą.
Mijamy najstarszy budynek w Anchorage.
Panorama miasta
Prawdziwa wolność, prawdziwa Ameryka i prawdziwe prawo do swojej własności: Nie przekraczać, chronione przez Smith&Wesson (marka broni). Ci co przeżyją, zostaną ostrzelani ponownie.
Rzeka w Anchorage
A w niej gotowe do tarła, największe z łososi pacyficznych KINGI, często też zwane czawyczami. Ich rozmiary skłoniły nas do wizyty w lokalnym sklepie wędkarskim, celem wzmocnienia sprzetu.
Papieros przed podjęciem kluczowych decyzji.
Wewnątrz przyglądamy się wypchanym rybom, które zamierzamy lada dzień łowić.
Lipień arktyczny, od naszych różni się bardziej okazałą płetwą grzbietową.
Kiżucz (silver salmon), po lewej - wchodzący z oceanu, po prawej - w barwach godowych. My trafiamy na początek ciągu. Powinniśmy spotkać, srebrne, świeże osobniki.
Muchy - dominuje imitacja pijawki ssącej ikrę. Wabik wykonuje się w nieskończenie wielu wariantach kolorystycznych. Miało się okazać, że najbardziej łowne są czarne, z fluo-pomarańczową imitacją ikry.
Jest się czym chwalić i redukować po zakupowy dysonans poznawczy.
Tymczasem, niektórzy z nas zdąrzyli się już upodobnić do miejscowych. Przynajmniej nikt nie będzie po polsku pytał ich o godzinę.
Denali - najwyższy szczyt Ameryki Północnej 6194 m n.p.m. w Europie szerzej znany pod nazwą McKinley.
Nim Rosjanie sprzedali Alaskę Stanom Zjednoczonym a nastapiło to dopiero w 1867 roku zdążyli "nawrócić" rdzenną ludność ludu Athabaska na Prawosławie. Poniżej indiańska cerkiew.
Prawosławny cmentarz Indian Athabaska.
Dojeżdżamy do Talkeetny, stąd wyruszają alpinistyczne wyprawy, które próbują zaatakować McKinley.

Osada latem żyje z turystyki, oferując proste niewyszukane atrakcje, np zdjęcie z łosiem.
Rzeka Susitna, motorowa łódź zawiezie nas w jeden z jej dopływów Clear Creek
Wyglądamy prawie jak miejscowi, jednak i w tym przypadku, prawie robi wielką różnicę. Oni na tych wodach radzą sobie doskonale a czy my sobie poradzimy? Miało się dopiero okazać.
Wpływamy w Clear Creek.
Nasz przewodnik łowi natychmiast łososia Ketę.
A jego syn łososia Gorbuszę.
Kolejna gorbusza
Darkowi udaje się zaciąć króla tych wód Czawyczę.
Czerwona, w barwach godowych ryba okazajue się bardzo trudnym przeciwnikiem.
Okazały samiec
Sesja trwa.
To zdjęcie trafiło na okładkę magazynu "Wędkarstwo moje hobby"
Samica gorbuszy
Guide z ketą
Trafiają się też pstrągowe przyłowy. Pstrągi podczas ciągu łososi trzymają się blisko ryb idących na tarło. Liczą na wielką ucztę z ikry. Dlatego muchy imitujące ikrę lub pijawkę ssącą ikrę są bardzo skuteczne.
Gorbusza, najmniejszy z pacyficznych łososi, jednak mimo niewielkich rozmiarów, determinacją podczas walki zawstydziłby atlantyckie.
Ujście strumienia Montana do rzeki Susitny. Trzy gatunki łososi pacyficznych grupują się w tym miejscu przed wejściem do strumienia. Są to kety, kiżucze i gorbusze. W epoce telefonii komórkowej dowiadują się o tym wszyscy miejscowi. Jadą setki mil aby uczestniczyć w wędkarskiej orgii.
Keta, niezwykle dynamicznie walczący gatunek. Bierze na agresywnie prowadzone muchy o jaskrawej kolorystyce. Walczy jak szalony, często wyciągając podkład z kołowrotka. Podczas walki więcej jest go nad wodą niż w wodzie.
Keta jest zwana przez miejscowych dog salmon - psim łososiem. Indianie i Eskimosi suszą ich mięso w bardzo dużych ilosciach by zimą karmić nim psy zaprzęgowe.
Złowiliśmy ich dziesiątki, może setki. Nikt nie dał rady liczyć niekończących się holi.
Ryby napływały falami, po ketach wpłyneły gorbusze, później znów kety, potem kiżucze. Raj.
Po pierwszych fotkach i opanowaniu euforii nawet nie wyciągaliśmy ryb z wody. Odhaczane były w najbardziej bezpieczny dla nich sposób.
Nie wszystkie były silnie łowne.

Spod McKinley'a wróciliśmy na południowy kraniec Alaski, półwysep Kenai. Tam naszym celem miał się stać najbardziej dziwaczny z pacyficznych łososi - nerka.
Łowy po amerykańsku, straliśmy się trzymać z dala od takich miejsc. Nawet kosztem ilosci łowionych ryb.
Piękny wchodzący kiżucz.
Przed sklepem
Zasiedziała keta
Keta prosto z morza, ubarwiona mniej intensywnie, nie posiada jeszcze nienaturalnie wygiętej kufy.
Na Kenai wędkarze muszą się dzielić rybami z panami tych stron, niedźwiedziami.
Gryzli
Mały strumień, nie ma tłumów a ryb w wodzie dla nas wystarczy.
Dziwadło
Uważny obserwator dostrzeże kilkadziesiąt czerwonych plam. To nerki idące na tarło.
Jedna z większych, jakie udało nam się złowić. Są to bardzo silne ryby, walczą bardziej statecznie od ket i kiżuczy, niemniej wymagają mocniejszego sprzętu. Zaciętą nerkę trzeba na siłę zatrzymać, inaczej zawsze zejdzie, wywlekając cały podkład. Wiązałem przypon 0,46 i czasem pękał.
Wędrując w górę strumienia napotykamy na rodzinę, która płucze złoto.
Każdy lubi dorobić.
Samochód terenowy, kład i broń automatyczna to niezbędne wyposażenie autochtonów.
Dolly Varden
Zamierzamy spłynąć jedną ze sławniejszych łososiowych rzek swiata - Kenai. W związku z tym, że z brzegu jest praktycznie niedostępna od strony wody będziemy szukać optymalnych miejsc do łowienia.
Pierwsz jest dolly.
Tutaj biorą tylko nerki.
Bankówka
Przewodnik, miał sporo pracy z nami, mówił że dawno nie nabiegał się tyle z podbierakiem.
Nerka, która dopiero od kilku dni jest w rzece. Jej ciało nie uległo jeszcze znacznym, przedtarłowym modyfikacjom.
Indiańskie tipi. Spytałem przewodnika, udając przerażenie, czy to siouxowie? Ten odpowiedział, spokojnie, inne, mniej groźne plemię.
Orły , również czekały na łososie.
Nerka, która dopiero co weszła z oceanu do rzeki. Wygląda prawie jak łosoś atlantycki. Trudno uwierzyć, że jej ciało ulegnie tak znacznym modyfikacjom.
Russian River
Piękne dzieciństwo mają mieszkańcy Alaski.
Dolly Varden złowiona.
Pan tych gór i rzek.
Gryzli i baribale zwykle się nie tolerują, jednak ilość łososi sprawia, ze nie muszą walczyć o terytoria.
Russian River podczas ciągu kiżuczy. To miejsce jest dzikie, jednak każde dzikie miejsce, w które da się dojechać samochodem, zaludnia się w ciągu kilku godzin od pojawieniem się pierwszych łososi. Uciekamy stąd jak najdalej.
Tutaj podoba nam się zdecydowanie bardziej.
Pod linnią elektryczną ryby biorą doskonale chyba wszedzie na świecie.
Stolik do sprawiania zabieranych ryb. Chodzi o to by nie pozostawiać odpadków na brzegu i nie wabić niedźwiedzi.
Taki dodatkowy ekwipunek nosi większość wędkarzy. To nie żart, strzelba na niedźwiedzie, gdyby zawiodła pozostaje magnum 44 zawieszone u pasa. To my a nie on wyglądaliśmy dziwacznie.
Pancerny śmietnik odporny na niedźwiedzie.
Grzyby na Alasce jedzą tylko Rosjanie, potomkowie pierwszych osadników.

Lodowiec

Darek wybrał się na ryby samotnie. Kilka metrów za plecami stał obserwator.
Pod każdym ugiełyby się nogi.


Wędkarski kamping nad Kenai. Miesca trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem, płatne z góry.
Zwiedziwszy południową, jednak oswojoną część Alaski postanawiamy ruszyć na jej północno zachodni, dziki kraniec. Po złowieniu wszystkich gatunków pacyficznych łososi żegnamy półwysep Kenai.
© Wszelkie prawa zastrzeżone przez Rybolownia.pl
