Gwinea Bissau, po drugiej stronie Afryki
2011-05-03
Rok temu pragnienie złowienia ogromnej ryby, ryby życia zaniosło nas na kenijskie wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Marzenie zostało spełnione, każdy pokonał marlina i wiele żaglic. Przy okazji łowiliśmy inne, niezwykle waleczne gatunki, jednak walka z nimi nie dawała satysfakcji. Były to ryby o masie 10 - 15 kg, zbyt małe by stawiać skuteczny opór zestawom obliczonym na hol 300 kg gigantów. Postanowiliśmy, że na kolejnej wyprawie będziemy je łowić, ale tak jak Bóg przykazał, proporcjonalnie do wytrzymałości ryb, dobranymi zestawami. Najlepiej na spinning a może i na muchę. Odpowiednie miejsce odnaleźliśmy po przeciwnej stronie kontynentu afrykańskiego, u wschodnich wybrzeży Atlantyku w kraju, o którym prawie nikt nie słyszał - Gwinei Bissau.
Opuszczamy stały ląd, w kierunku jednej z tysięcy wysp Archipelagu Baijagos, Miała ona stać się naszą bazą wypadową. Przed nami trzy godzinny rejs.
Jednak nim znaleźliśmy się w łodzi, musieliśmy przedrzerzeć się przez stolicę, gwarne miasteczko - Bissau. Jako jedyni biali w okolicy, czuliśmy na sobie wzrok chyba wszystkich mieszkańców.
Pełna życia, główna ulica Bissau
Tzw. reklama zewnętrzna, jak u nas, nieprawdaż?
Na targu sporo plecaków, jednak jak udowadnia pani po lewej, zupełnie bezużytecznych
Pozdrawiają nas handlarki jaj, jaj od szczęśliwych kur
Gwarno i tłoczno, w Afryce życie toczy się na zewnątrz
Tu nic się nie marnuje
Przygoda się zaczyna, opuszczamy cywilizację
Płyniemy przez labirynt lasów mangrowych. Tyle naczytaliśmy się, naoglądaliśmy relacji z egzotycznych wypraw wędkarskich, gdzie głównym teatrem działań były mangrowce...
Bardzo kusiło zarzucić w pobliże zatopionych korzeni
Kto kogo obserwuje?
Minąwszy lokalnych rybaków odetchnęliśmy z ulgą. Nie dysponowali jeszcze technologią umożliwiającą trałowanie. Szanse, że połowimy rosły...
Niepokoiły nas za to obecni wszędzie, przedstawiciele lokalnej fauny. Jadłospis wszystkich składał się wyłącznie z ryb.
Ten perkozo-kształtny ptak u nas budziłby przerażenie. Nasi przewodnicy nawet na niego nie spojrzeli. czyżby tutaj nie konkurowały z wędkarzami?
Powoli zbliżaliśmy się do naszej wyspy
Gdy Robinson Crusoe zobaczył na piasku podobne ślady wpadł w przerażenie. My trochę też, czyżby przed nami dotarł tu znany, bosonogi strażnik moralności Wojtek Cejrowski?
Kolejne podejrzenie padło na przyglądających się nam mieszkańców wyspy
Jednak nawet Oni a raczej One nosiły laczki
Zagadka wkrótce sama się rozwiązała
Wszyscy w komplecie, no prawie wszyscy
Przed nami 10 dni wolności. Zero zasięgu!!!
Nie usiedzieliśmy na lądzie zbyt długo. Wraz z Bigosem ruszyliśmy na rekonesans okolicznych, przybrzeżnych łowisk.
Kładący się pod siłą pędu powietrza irokez naszego Towarzysza, tłumaczy niezbyt gustownie naciągniętą czapkę na moją, wszak nie małą główkę ;-)
Dopływamy do małej wysepki, usypanej przez silne prądy. Takie miejsca podobno lubią odwiedzać karanks'y, ryby z rodziny ostroboków
Próbujemy, tego dnia jednak bezskutecznie.... Po kilku dniach Bigosowi udało się złowić karanks'a na muchę
Poranek dnia kolejnego
Do dyspozycji mamy trzy łodzie, ustalamy skład załóg i w morze
Płynęliśmy dość długo, około godziny, by pierwsze rzuty wykonać w kierunku tej gęsto zasiedlonej łachy
Jak widać, miejsce zostało wybrane doskonale, Łukasz pierwszy zacina godnego siebie przeciwnika.
Hol trwa już około 10 minut. Ryba okazała się niezwykle waleczna.
Przedłużająca się walka znużyła przyglądające się nam uważnie pelikany
Łukasz (podobnie jak my wszyscy) użył popera. Przynęta prowadzona szybkim tempem po powierzchni wywabiła (o dziwo) dennego drapieżnika.
Snaper, spodziewaliśmy się ostroboka a tu niespodzianka.
Pelikany przeszły na drugi krąg, gdy my ciągle nie mogliśmy nacieszyć oczu urodą (wprawdzie dość dyskusyjną) zdobyczy
Nieoczekiwane spotkanie, ekipa z drugiej łodzi nad wyraz wyluzowana
Za chwilę wszystko było jasne. W pobliżu grasowała ławica karanks'ów. Ryb z rodziny ostrobokowatych, znanych też pod nazwą crevalle jack. Miały się one okazać naszą najbardziej, ze względu na niezwykłą waleczność, pożądaną zdobyczą.
Tymczasem na innej łodzi, oddalonym od nas o wiele mil akwenie, Piotr zaciął coś imponującego
Po piętnastu minutach holu, jego samotne zmagania ciągle budziły zainteresowanie
Po kolejnych piętnastu, zainteresowanie nieco przygasło
A po następnych piętnastu ukazała się płaszczka....
Wspólnymi siłami udało się ją podebrać, załoga sprawnie zabezpieczyła jadowity kolec
Wśród zawistnych kolegów od razu pojawiły się wątpliwości. Bo czy płaszczka to ryba? Czy ogon płaszczki liczy się do jej długości? Po burzliwych dyskusjach obie kwestie zostały rozstrzygnięte na korzyść łowcy i tak życiowy rekord Piotra, jeżeli chodzi o wagę oraz długość stanowi 85-cio kilowa ogończa ;-)
Tymczasem i my znajdujemy karanks'y
Wprawdzie nieduże, niemniej idealne na sushimi
Chociaż przygotowywaną przez załogę potrawę bardziej wypada nazwać z włoskiego carrpacio
Tak monotonnie miały wyglądać nasze codzienne posiłki
Po posiłku - nowe siły
Hol karanks'a trwa niewyobrażalnie długo w stosunku do wielkości tej ryby. Warto wiedzieć, że używaliśmy plecionki o wytrzymałości 55 kg, niemniej po zacięciu, potrzebowaliśmy około 10 minut by zakończyć walkę. Delikatniejszy sprzęt niepotrzebnie męczył zdobycz i znacząco obniżał szanse wędkarza.
Tymczasem inna załoga również zadbała o kubki smakowe kolegów.
Kolejna ogończa, tym razem a może na szczęście dla łowcy, mniejsza.
Przy wraku brały barakudy
Mój pierwszy karanks
Kilkanaście kilo
Nawet orły na pobliskim brzegu zerkały na zdobycz
Zresztą było na co...
Tymczasem wrak okazał się niezwykle rybodajną metą. Tym razem cobia. Także bardzo waleczna, wysoko w światowym wędkarstwie cenione trofeum.
Cobia w pełnej krasie... Podobno często można spotkać je w towarzystwie ogończy
U nas kolejny karanks
Zadowolenie...
Dwa hole jednocześnie
Maciek również łowi ogończe
a Bigos tym razem coś mniejszego...
Łukasz ma szczęście do snaper'ów. Tym razem red snaper.
Mniej więcej tak wygląda zadowolony wędkarz
Inny zadowolony wedkarz bije rekord małej formy. Dobra i mała, jak nie ma dużej, to nawet lepsza
Cobia
Chwile spokoju na łodzi nie trwają zbyt długo
Sami widzicie dlaczego...
Po długim, pełnym emocjonujących holi oraz eksperymentów kulinarnych dniu, wszystkie łodzie wracają do bazy
Już na plaży wdajemy się w dyskusje z serii:, komu było najtrudniej, jednak mimo rozbujanego morza, niezwykłej waleczności ryb, dał radę.... Tak wyglądają bohaterowie;-)
a tak dumni łowcy...
Kolejnego dnia postanawiamy zwiedzić wyspę.
Okolice podobno zamieszkują hipopotamy, my napotykamy jedynie na skrzydlatych przedstawicieli miejscowej fauny.
Docieramy do wsi, witają nas ciekawskie dzieci. Postanawiamy wejść głębiej, między chaty, mimo że słowa ostatnio modnego przeboju grupy Podoba Mi Się, wyraźnie przestrzegają, że: kto po wsi chodzi, ten sam sobie szkodzi
Pierwsze kroki kierujemy do chaty króla, który z okazji naszej wizyty przywdział strój przeznaczony tylko na najbardziej oficjalne okazje.
Królowa uważnie się nam przygląda, pewnie jak w większości monarchii ona sprawuje realną władzę
Nawet w tej wiosce cywilizacja kwitnie pełną gębą. W doskonale zaopatrzonym sklepie wykupujemy wszystkie lizaki...
i tak uzbrojeni składamy wizytację w miejscowej szkole. Od razu widać, że Gwinea Bissau nie była nigdy kolonią brytyjską. Wszędzie na Świecie, nawet w najbiedniejszych miejscach, które kiedyś wchodziły w skład imperium dzieci do szkoły chodzą w niebieskich mundurkach. Portugalska spuścizna pozostawiła dowolność co do szkolnego stroju.
Między chatami biegają, przypominające dziki, szczęśliwe świnie
Miejscowa piękność. Kolory naszyjnika świadczą, że jest chrześcijanką. Nam kojarzą się bardziej z Jamajką i rege, niemniej w całej Afryce chrześcijaństwo przybiera odległe od znanych nam formy. Wszak nikt w tych stronach nie zaprzeczy, że Haile Sellasie był drugim wcieleniem Chrystusa. We wsi spotykamy trzy wyznania, Chrześcijan - ochrzczonych przez Portugalczyków, Muzułmanów, nawróconych na wiarę Proroka przez arabskich łowców niewolników (to częściowo chroniło przed podróżą w mało komfortowych warunkach do Ameryki) oraz Tych, którzy pozostali wierni duchom przodków.
Zjedliśmy ją, smakowała wyśmienicie, jak dziczyzna.
Wizyta w studio lokalnego stylisty. (Dawniej ludzi tej profesji nazywano po prostu fryzjerem)
Kilka minut i prawie ostra żyletka wystarczyła by nadać całkiem inny, zgodny z aktualnymi trędami, nowy wizerunek
Kontynuujemy przechadzkę
We wsi są są dwa murowane budynki, szkoła (wybudowana za fundusze UNESCO) oraz DYSKOTEKA!!!
Dzieciaki po lekcjach biorą się za zajęcia wykonywane przez przodków od stuleci
O świcie
Rybka wprawdzie mała, jednak w przeciągu kilku minut miał ich całą torbę. Może lokalne społeczeństwo nie jest zamożne ale na pewno nie cierpi głodu.
Sleepy, ponad wszystko cenił sen. Z drugiej strony człowiek wielu talentów, grał na bębnach, potrafił wykonywać pradawne tańce a jak by tego było mało, pełnił odpowiedzialną funkcje DJ'a na lokalnej dyskotece.
Trafiliśmy na barakudy, chyba najłatwiejsze do złowienia ryby tego akwenu. Na pewno też najbardziej pechowe, załoga w obawie przed bliższym spotkaniem z ich zębami uśmiercała je przed podjęciem na pokład.
Ta miała 140 cm
Łodzi często towarzyszyły delfiny
Jeśli świadomie polowaliśmy na barakudy, tzn. w miejscu rekomendowanym przez załogę, używając głęboko schodzących przynęt, na branie czekaliśmy maksymalnie kilka minut
Tymczasem na odległej wyspie w malowniczej, tropikalnej scenerii, Bigos planował taktykę na resztę dnia.
135 cm
Po pewnym czasie znudziło się nam pozować z barakudami. Zawsze chętny do pomocy Sleepy skwapliwie nas wyręczał.
Karanks'y pływały zwykle stadami. Branie pierwszego zdradzało miejsce żerowania całej ławicy.
Smak Carrpacio z barakudy wzbudził moje wątpliwości co do powodu neutralizowania tych ryb przed podebraniem. Były najsmaczniejsze.
Myślał i wymyślił, wspaniały karanks z brzegu
Jeśli był jeden, musi być ich więcej
Jeśli to nie Armando, to długi hol w pełnym afrykańskim słońcu wpłynął na zmianę karnacji Bigosa
Armando okazał się prawdziwym łowcą, wykorzystującym każdą nadarzającą się okazję by uwiecznić się ze swą zdobyczą
Inny, nieznany mi gatunek ostroboka
Te karanks'y miały mniej intensywne barwy. Być może były przedstawicielami innego podgatunku?
Sukces ma wielu ojców
oj wielu...
Jak się umie, to nie sztuka...
Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, ocean odpływał do Meksyku
Red Snaper - na kolacje
Ilość zabranych barakud wróżyła wieczorną imprezę?
Pod wieczór uaktywniały się wikłacze. Było ich miliony.
O zbliżającej się uroczystości świadczył odświętny strój córki naszej kucharki
Sleepy grający na bębnach wprowadził wszystkich w magiczny klimat pierwotnej Afryki.
To także Sleepy
Jak te liberały ;-)
Zdjęcia nie oddadzą panującej atmosfery i gorących rytmów Afryki.
Duchy przodków powróciły.
Lokalne przyzwoitki
A o świcie znów wszyscy, czym kto ma, wypływają na ryby
Karanks, tylko jakiś trochę wylatany
Machaj wędą, ryby będą
Ciekawe na co wskazuje ten paluszek w rękawiczce?
Miejsca, w których krzyżowały się bardzo silne, morskie prądy, można było rozpoznać po wysokiej fali. Te miejscówki były wręcz uwielbiane przez większość łowionych gatunków. Niestety, mety były mocno żygliwe
Cobia - o mało nie wyciągneła mnie z łódki...
Hiszpańska makrela
Zestaw na miejscowe gatunki: poper'y na karanks'y, pilkery na graniki i snapery, woblery na barakudy. Niemniej każdy z wymienionych gatunków mógł w każdej chwili zaatakować każdą z wymienionych przynęt.
Granik (grouper)
Można wyznaczyć do zdjęcia z barakudą załoganta
By następnie samemu się z nim sfotografować. Trochę na około, niemniej zdjęcie z rybą zaliczone.
Przerwa na drugie śniadanie
Archipelag Baijagos to setki wysp i wysepek pochodzenia wulkanicznego.
Zastygła lawa
Tym razem do stołu zaprosiliśmy barakudę i hiszpańską makrelę
Na ucztę wprosili się nieproszeni goście
Sobotni wieczór, coś wisi w powietrzu
kupa sprzętu, nic talentu
wikłacze zaczęły nasłuchiwać
W sobotni wieczór nawet rybom włącza się szwędaczka. Wyłażą na brzeg
Nam też się włączyła. Udaliśmy się na dyskotekę do wizytowanej wcześniej wioski, 45 minut marszu przez dżunglę.
Lokalna dyskoteka to impreza wielopokoleniowa.
Miejscowi kosztowali palmowego winka własnej roboty. W smaku przypominało kwas z kiszonych, ale tu warto zaznaczyć, popsutych ogórków.
DJ Sleepy, wszechstronny talent.... Trochę się kurzy, trudno się dziwić skory wszyscy, przy pomocy lokalnego trunku wprowadzili się w trans.
Trochę jak na imprezie techno
Rano, może nie o świcie ruszamy w morze.
Niezły materiał na łososiowe full dresy
A przy wraku barakudy zaczęły brać tak jak wszyscy lubimy najbardziej, z opadu, na gumkę.
Przy wyspie pelikanów skuteczniejsze okazały się woblery
Lokalni wędrowcy
Tak kończą przeładowane łodzie, czasem po sztormie morze oddaje co ludzkie
a ta łódź wyglądała na solidnie przeładowaną
Rybacka wioska na jednej z wysepek. Nie ma tu szkoły ani nawet dyskoteki
Duża fala, gwarancja sukcesu
Wynik trzech jednoczesnych holi
Po bardzo udanym przedpołudniu przyszedł czas na posiłek
Tym razem nad nami zasiadł nieproszony gość
Odpływ odkrywa korzenie mangrowców
Machaj wędą....
i tak bez końca, rzut, branie, hol, rzut, branie....
Miejsce które odwiedziliśmy, zachodnie wybrzeże Afryki w Gwinea Bissau przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Udało się to co zaplanowaliśmy, ponad dziesięciokilowe ryby, dysponujące siłą z jaką do tej pory się nie zetknąłem, łowione dopasowanym pod nie sprzętem. W ilościach wprost niebywałych. Wyprawa tam to kwintesencja wędkarstwa morskiego.
komentarz: Maciej Król
zdjęcia: Maciej Król, Piotr Czechowski, Łukasz Pierzynowski, Marcin Boroszko, Krzysiek Szumski, Marcin Sułkowski (Bigos) oraz Maciej Kutak i Arek Kawecki
© Wszelkie prawa zastrzeżone przez Rybolownia.pl
