Za Polarnym Kręgiem.
2010-10-25
Urlopu nikt nie ma w nadmiarze, dlatego miejsce, w którym będę go spędzał jest dla mnie bardzo ważne. Oczywiście najważniejsze są ryby jednak miejsce nie może przypominać okolicy, w której mieszkam. W przeciwnym razie nie czuję, że jestem na urlopie. Tym razem miejsce poza swoją egzotycznością musiało spełniać jeszcze kilka dodatkowych warunków. Urlop chciałem spędzić z kumplem i naszymi synami. W związku z tym metoda łowienia miała być na tyle nieskomplikowana by nastoletni chłopcy mogli sobie poradzić. Gdy podjęliśmy decyzję co do miejsca i terminu a padło na północną Norwegię, przyłączyło się jeszcze kilku znajomych. W kupie raźniej...
Stara skandynawska tradycja układania kopczyków z kamieni. Te ułożono dokładnie na Kręgu Polarnym. Za nimi zaczyna się kraina zwana Arktyką.
Go Fishingi
Wprawdzie Norwegia stała po właściwej stronie podczas wojny. Była okupowana przez Niemcy, jednak najeźdźca potraktował ten kraj dość łagodnie. Nie burzył a budował. Budował oczywiście rękami jeńców z innych podbitych rejonów Europy. Drogę z południa na północ, wiodącą wzdłuż wybrzeży Oceany Atlantyckiego, na którą składają się setki kilometrów serpentyn i dziesiątki tuneli przechodzących przez góry, zbudowali jeńcy. Poniżej pomnik upamiętniający tych ze Związku Radzieckiego. Po przeciwnej stronie drogi stał monument poświęcony przymusowym robotnikom z krajów byłej Jugosławii.
Surowy krajobraz norweskiej Arktyki
fotografujemy
liczne tutaj renifery
Czasem trudno zgadnąć, czy mijana woda to fiord, czy słodkowodne jezioro?
Docieramy na miejsce. Słońce osiągnęło najniższy punkt na nieboskłonie. Prawie zaszło, jednak to już sierpień, więc dzień trwa tylko 20 godzin.
Wyspa Engeloya i baza wędkarska w małej rybackiej osadzie Steigen miała stać się naszym domem przez kolejny tydzień. Głodni wrażeń ruszamy na rekonesans.
Wybrzeże Północne Norwegii wygląda naprawdę egzotycznie, nieprawdaż?
Każda przebyta mila otwiera przed nami nowe naprawdę zatykające dech w piersiach widoki.
Osławione Lofoty, mityczny archipelag. Wyspę Engeloya dzieli tylko 40 km morza od Lofotów. Monumentalne szczyty kuszą, wydają się być tak blisko. Wszak to tylko 1,5 godziny drogi. Podobno kilku śmiałków podjęło to wyzwanie. Podczas powrotnej drogi zerwał się wiatr i rozbujał ocean. Skończyło się szczęśliwie. Trzeba było tylko pokryć koszty śmigłowca, który zabrał ich z wody.
Pierwsza zdobycz zadziwia. Do okazów nie należy za to jak pięknie jest wybarwiona. Molwy dochodzą do dwóch metrów długości, tej jeszcze trochę brakuje.
Gdy rozwiewa się wiatr, chowamy się między małe wysepki, miedzy którymi również świetnie można wędkować bez ubocznych efektów choroby morskiej. Nie wszystkie norweskie łowiska zapewniają ten komfort.
Brosma, z pyska raczej przypomina ropuchę, nie rybę.
Było nam dane złowić wiele ryb w tej zatoce, należało poczekać tylko na odpowiedni pływ, za którym szły ławice małych czarniaków. Za czarniakami, niczym stada ubotów podążały dorsze.
Ryba nie za wielka, jednak to był chyba pierwszy dorsz w życiu. Zasługiwał na utrwalenie.
Lofoty i mewa licząca na małego czarniaka. Częsty przyłów podczas polowania na dorsze.
Nie wszystkim małym czarniakom udawało się uciec. Żarłoczność mew była niewyobrażalna.
Ona połknęła tę rybę w całości.
Dumny łowca
Niepostrzeżenie nadszedł wieczór. Żal wracać do bazy, wszak dopiero zaczęliśmy poznawać miejscówki.
Świt i baza wędkarska w Steigen. Przyznam, że warunki zakwaterowania były doskonałe. Wysoki standard domów i bliskość morza. Można było łowić wręcz z okna.
Odpływ to znak, że nie musimy się śpieszyć możemy się spokojnie rozkoszować pięknem przyrody. Ryby dużo lepiej brały podczas przypływu.
Ostrygojad
Rybacy płyną w morze, czas i na nas
Chociaż nasi sąsiedzi, ze Szwecji szybciej się uwineli
Ruszyliśmy i my, podczas przypływu...
a na efekty nie trzeba było długo czekać (w końcu trafił się jakiś zdjęciowy ;-)
Czasem była flauta, jednak morskie prądy nie pozwalały stać łodzi w miejscu. Dryf pozwalał obławiać podwodne górki.
Druga połowa naszej wyprawy - łowią
nuda...
Witek nie nudził się zbyt długo, kilkunastokilowy okaz wynagrodził oczekiwanie
łodziom często towarzyszyły delfiny, miało być egzotycznie i było egzotycznie...
Kolejny, dorodny przedstawiciel morskiej fauny
Nie ma co udawać, łowienie dorszy to nie zawsze no kill. Bo nic tak nie smakuje jak świeży dorsz...
Głowa żabnicy u wejścia do portu
U świeżo upieczonych wędkarzy, każda zdobycz budzi dumę
Świat jest piękny...
morski Lampart...
uczta...
Jakoś strasznie wylatany ten dorsz ale sztuka jest sztuka
Za to Michał teraz mnie zawstydził (mała kropla na obiektywie niestety zniszczyła to zdjęcie)
mały mieszkaniec norweskich głębin
Czarniak, nie trafiliśmy na większe okazy, koncentrowaliśmy się na dorszach
dorsz to jednak maszyna do jedzenia
Brosmy zawsze atakowały pilker prowadzony po dnie, większe dorsze wolały przynęty prowadzone trochę wyżej
W końcu zdjęciowy
oj ładny, ryba pozna fachowca....
Kolejna żabnica, szkoda że nie na naszej wędce...
Uwielbiałem fotografować ostrygojady, kolor ich dzioba wspaniale kontrastował z dość surowymi barwami otoczenia
I Kuba zawstydził wszystkich wilków morskich. Dorsz 15 kg!!! Ja w jego wieku marzyłem o płotkach, tłustych karasiach...
Nawet ostrygojady nie mogą się nadziwić...
Czarniaczek
Michał i władca podmorskich głębin. Prawdziwy drapieżnik - dorsz
mistrz małej formy...
kolejny dzień, zarwał się północny wiatr, pachniało rybą...
Szczęście ojca było nawet większe niż samego łowcy...
a to wszystko działo się z Lofotami w tle
Tomek i największa ryba wyprawy, 17 kg
I jeszcze raz Tomek
Witek też dobrze dobrał pilkera
Michał także potrafił
I na koniec mój "zdjęciowy" - 14kg
Jeszcze raz ten sam ale w całej okazałości ;-)
komentarz: Maciej Król
zdjęcia: Mateusz Król, Michał Krzyżanowski, Arek Kawecki, Witek Żytka, Maciej Król
zapraszamy też na krótki film: http://www.youtube.com/watch?v=v1baPE4-Cfo
© Wszelkie prawa zastrzeżone przez Rybolownia.pl
