Pierwsze były KINGI

2009-09-07

artykuł był opublikowany w magazynie Wędkarstwo moje hobby

Pierwszy stycznia, tłumy nad rzekami, setki godzin bez brania, bezrybie, kłusownicy, to nieodłączne atrybuty naszych polskich łososiowo trociowych łowów. Mimo wszystko jeździmy na północne rzeki by przynajmniej dać szansę losowi. Czasem udajemy się za granice by zwiększyć prawdopodobieństwo spotkania się z panem zlewni oceanu atlantyckiego – łososiem atlantyckim Salmo Salar.

Było mi dane odbyć trochę takich spotkań a jak się coś zdobędzie to chce się czegoś innego, taka jest natura człowieka. Zacząłem sobie zadawać pytania: Jak to jest z tym łososiem pacyficznym? Przeciwnie od naszego ginie po tarle a jego zwłoki stają się pokarmem narybku i niedźwiedzi w ubogich polodowcowych rzekach ameryki północnej. Czy w związku z tym walczy równie dzielnie jak ten nasz? Czy jest równie trudny do złowienia? Ile gatunków łososia i innych ryb wędrownych występuje w Pacyfiku?

Najwięcej czasu zajęła systematyka. Błędem było rozpoczęcie poszukiwań w literaturze anglojęzycznej. Tam każdy autor nazywa te ryby zgodnie z nazwą jakiej zwykło się używać w jego regionie i początkującemu adeptowi może się wydawać, że ma doczynienia z kilkunastoma gatunkami. Jest ich jednak pięć:

 

Czawycza (Oncorhynchus tshawytscha) zwany często przez wędkarzy KINGiem, a także występujący jako chinook, tyee salmon, Columbia River salmon, black salmon, chub salmon, hook bill salmon, winter salmon, spring salmon, quinnat salmon and blackmouth – może się pomieszać – prawda?

 

Keta - (Oncorhynchus keta) czyli chum salmon, często nazywany dog salmon, także silverbrite salmon

 

Kiżucz - (Oncorhynchus kisutch) najczęściej nazywany coho salmon,, silver salmon lub "silvers".

 

Nerka - (Oncorhynchus nerka), Sockeye salmon nazywany także czerwonym (red salmon), blueback salmon, kokanee.

 

Gorbusza ( Oncorhynchus gorbuscha ) to pink salmon lub humpback salmon,

kiżucz (Fot. Maciej Król)

kiżucz (Fot. Maciej Król)

autor, gorbusza i pijawka ssąca ikrę (Fot. Kulka Group)

autor, gorbusza i pijawka ssąca ikrę (Fot. Kulka Group)

Darek i jego KING (Fot. Andrzej Kulka)

Darek i jego KING (Fot. Andrzej Kulka)

Darek holuje kinga (Fot. Andrzej Kulka)

Darek holuje kinga (Fot. Andrzej Kulka)

Wchodząca keta (Fot. Maciej Król)

Wchodząca keta (Fot. Maciej Król)

Jakby tego było mało w Ameryce Północnej występuje jeszcze kilka innych gatunków ryb wędrownych z płetwą tłuszczową. Są to trocie: pstrąga tęczowego – sławny stealhead oraz troć dolly varden nazywana arctic char. Oba gatunki dorastają do imponujących rozmiarów i nie giną po tarle. Oba dla amerykańskich wędkarzy stanowią najwyższe trofeum.

W rzekach nad cieśniną Beringa mamy szansę zmierzyć się z siejowatą rybą, żyjącą w chłodnych wodach morza Beringa i oceanu Arktycznego. Osobniki wchodzące na tarło ważą średnio około 10 kg. Przyznam, że najwięcej czasu zabrała mi identyfikacja tego gatunku. Po angielsku Sheefish (Stendous leucichthys nelma), przez tamtejszych wędkarzy nazywana tarponem północy . Najpierw sądziłem, że to białorybica, jednak te występują w morzu Kaspijskim. Po Polsku ta ryba najprawdopodobniej nazywa się nelma.

Wiadomo, że nie można mieć wszystkiego, jednak termin wyprawy staramy się dopasować do jak największej ilości wchodzących ryb. Przełom lipca i sierpnia na Alasce wydaje się optymalny. Wprawdzie to koniec sezonu na Czawyczę jednak pełnia na Nerkę i początek na Ketę, Gorbuszę i Kiżucza.

Po wielu przesiadkach lądujemy w Anchorage, największym mieście Alaski. Drewniane budy stoją obok wieżowców, wszędzie samochody terenowe i nieduża rzeczka, w której pływają kingi, tak że niemal można je dotknąć. Rozmiar obserwowanych ryb skłania nas do wizyty w wędkarskim sklepie celem wzmocnienia sprzętu. Wydajemy majątek – bo jest tanio!!!

Wędkarską przygodę zaczynamy w miejscowości Talkeetna, znanej wśród alpinistów ruszających na McKinley’a. Jednak to przede wszystkim wędkarski raj. W zasięgu mamy kilka atrakcyjnych dopływów jednej z największych alaskańskich rzek Susitna. Płyniemy wynajętą motorówkę w górę rzeki i wpływamy do strumienia Clear Creek.

W rzece są KINGi , widzimy je ponieważ przybrały już czerwony kolor. Nie mam pojęcia jak je łowić. Zaczynam klasycznie (czyli tak jak bym łowił atlantyckie) mokrą muchą. Po kilku godzinach bezsensownych rzutów zmieniam taktykę. Zaczynam na stremera. Wybieram najbardziej klasyczny alaskański wzór muchy, imitację pijawki ssącej ikrę (przy czym pijawka jest fioletowa a ikra fluo różowa). Mucha zakupiona na miejscu jest bardzo dociążona, (moje własne kręcone przed wyjazdem są za lekkie na ten uciąg wody). Teraz dziękuje opatrzności, że zdecydowałem się na amerykański kij. Jeśli miejscowi łowią tu takimi odważnikami to rodzime wędki powinny być odpowiednie. Mój St.Croix Legend Elite z łatwością posyła przynętę na drugi brzeg rzeki. Po chwili następuje branie, ryba walczy zaciekle chodź nie jest duża. To dolly varden – pierwsza w życiu. Łowię ich jeszcze kilka rezygnując z kingów.

Za to Darek łowiąc na spinning zacina kilka. Wyciąga już mniej, jednak dwa hole kończą się sukcesem ku zazdrości kolegów.

Mi udaje się zaciąć king’a na innej rzece stosując imitacje ikry. Ryba jednak nie podejmują walki. Stoi tam gdzie stała, próbuje ją podciągnąć do siebie a ona nadal na swoim stanowisku. W końcu pęka przypon 0,45.

Kolejnego dnia udajemy się w miejsce, gdzie rzeka Montana wpada do Susitny. Dowiadujemy się w sklepie wędkarskim, że w tym miejscu zbierają się jednocześnie kety, gorbusze i kiżucze przed wejściem na tarło do Montany. Na miejscu bardzo swojsko, jak na otwarciu sezonu w Słupsku - Jednak istnieją wspólne elementy podczas łowienia łososia u nas i na Alasce. Większość Amerykanów stoi na brzegu, my wchodzimy do wody. Kety biorą prawie z każdego rzutu, jak zwykle na pijawkę, tym razem czarną z pomarańczową imitacją ikry. A jak walczą! Po zacięciu natychmiast następuje odjazd na kilkadziesiąt metrów przy jednoczesnych wyskokach ryby. Nagle ryba zmienia kierunek i płynie w bok, linka tnie wodę wytwarzając białą fale. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć.

zasiedziały samiec nerki w barwach godowych

zasiedziały samiec nerki w barwach godowych

grizzly na łowach (Fot. Andrzej Kulka)

grizzly na łowach (Fot. Andrzej Kulka)

Nerka

Nerka

Keta jest także często nazywana dog salmon psi łosoś, i nie dla tego, że jej zęby przypominają kły psa. Indianie i Eskimosi suszą jej mięso, by zimą karmić psy zaprzęgowe – stąd nazwa.

 

Po ketach płyną gorbusze. Wytrzymałość tych najmniejszych z łososi pacyficznych budzi nasze zdziwienie. Nie ma mowy o szybkim holu, nad każdym trzeba bardzo długo popracować by móc zrobić sobie zdjęcie.

 

Krótka przerwa i nadpływają tym razem kiżucze, najbardziej podobne do naszych atlantyckich. Te także biorą na pijawkę, walczą wspaniale wykonując dziesiątki nagłych, nieoczekiwanych zwrotów podczas holu.

 

Nasi spinningiści też łowią, chociaż wieczorem dokonują zakupu muchówek.

 

Spośród miejscowych wyróżnia się dwóch Meksykanów, budząc niesmak reszty ogółu. Łapią na szarpaka, według amerykańskiego prawa póki ryby złapane w ten sposób, nie są zabierane, nie można im nic zrobić. Podczas jednego dnia podhaczają jakieś 200 ryb.

 

Na Montanie łowimy 3 dni, już się zorientowaliśmy, że na Alasce wszędzie tam gdzie są ryby i da się dojechać w pobliże samochodem będą i wędkarze. Ilość ryb rekompensuje tłok. W międzyczasie odwiedzamy Willow Creak. Tam liczba wędkarzy i łososi jest gigantyczna. Jednak każdy ma dla siebie na rzut tyle miejsca ile zajmuje swoją osobą. 10cm z lewej i z prawej stoją inni. Ciągle ktoś zacina rybę i słychać fish on. Reszta łowiących wychodzi z wody. Po dwóch godzinnych opuszczamy ten niezwykle rybny przybytek. Jaką frajdę znajdują miejscowi łowiąc tam? Chyba nie zrozumiem nigdy.

 

Spod McKinley’a ruszamy na południe na półwysep Kenai. Sławny nie tylko z milionów łososi wchodzących na tarło, sławny także z niedźwiedzi, koneserów rybiego mięsa.

 

Tutaj wędkarze poza wędką, mają zwykle przy sobie jeszcze jeden albo dwa wędkarskie (podobno w tych stronach niezbędne) atrybuty. To przypięte do kowbojskiego pasa magnum 44 lub strzelba na ramieniu. Czasem jedno i drugie. Tak wyposażeni na ryby chodzą nawet kilkunastoletni chłopcy. Nam pozostają dzwonki, gaz pieprzowy i okrzyk: niedźwiedziu, niedźwiedziu nie chowaj się za krzakiem.

 

Rozpoczynamy na Quartz Creek, pięknej dzikiej rzece. O dziwo nie ma ludzi, co może świadczyć o jednym, z rybą tutaj jest tak sobie. Mimo wszystko widzimy nerki, nie ma ich może w tej rzece milionów ale są setki, dla nas wystarczy. Próby ich złowienia kończą się raczej miernie, za to świetnie biorą dolly varden, które zawsze stoją za łososiami, czekając na ikrę.

 

Następnego dnia część postanawia spróbować na Russian River, cześć zaś na najsławniejszej rzece Alaski – Kenai. W tym celu wynajmujemy przewodnika i łódź, niech pokaże jak łowić te nerki bo nam wychodzi to tak sobie. Spływ jest przeuroczy, widoki które pojawiają się za każdym kolejnym zakrętem dosłownie zatykają dech w piersiach.

 

Dopływamy do miejscówki, na której jest już sporo osób, które dostały się tam w podobny sposób.

 

Wprawdzie na Kenai wolno łowić tylko na muchę ale to muszkarstwo nie wiele z muszkarstwem ma wspólnego. Na przyponie około metra powyżej muchy należy zamontować ciężarek, jakieś 40 g – takie obciążenie gwarantuje, że mucha dotrze do dna. Po czym nurt toczy ciężarek po dnie, mucha unosi się nad dnem - trochę to przypomina naszą krótką, ponieważ sposób trzymania, zarzucania i prowadzenia wędziska jest identyczny.

 

Ryby płyną ławicami, po czym następują krótsze lub dłuższe przerwy i pojawiają się nowe. Łowimy czerwone z zielonymi głowami zasiedziałe przedstawicielki tego gatunku, jednak trafiają się zupełnie srebrne, jeszcze nie wygarbione osobniki, które może dzień wcześniej weszły z morza.

 

Brania nerek przypominają brania sandaczy, są to bardzo lekkie pstryknięcia. Kto nie łowił sandaczy, może w ogóle nie rozpoznać, że ma branie. Ja od pierwszego pstryka wiem o co chodzi. Robimy miejscowym istny pogrom a najbardziej cieszy się nasz przewodnik, któremu pozwalamy zabierać wszystkie srebrne (srebrna nerka to najsmaczniejsze mięso spośród wszystkich łososiowatych na świecie). Ryby są bardzo waleczne, te czerwone uciekają w dół rzeki, wybierając wiele podkładu z kołowrotków, chyba są najsilniejsze ze wszystkich dotąd łowionych. Nie sposób ich podebrać bez podbieraka, nasz przewodnik ma co robić. Srebrne nerki za to nawet zacięte uciekają pod prąd, w gorę rzeki. Walczą okrutnie, jednak silny nurt ułatwia wędkarzowi hol.

 

Darek, który tego dnia łowił w innym miejscu z miernym skutkiem, poznawszy od nas tajniki łowienia czerwonego łososia ruszył wieczorem samotnie na ryby. Na wodzie nie było już wędkarzy, poczuł jednak czyjś wzrok na plecach. Odwrócił się, 10 metrów za nim stał grizzly. Pozostało mu krzyczeć, niedźwiedziu, niedźwiedziu, schowaj się za krzakiem. Szczęśliwie ten to uczynił a Darek żywo wrócił na kemping.

 

Kolejnego dnia uzbrojeni w wiedze ruszamy ponownie nad Quartz Creac. Teraz idzie łatwiej. Nerki są nasze.

 

Nie ma ludzi, jest cudownie.

samiec kety (Fot. Darek )

samiec kety (Fot. Darek )

srebrna nerka prosto z morza

srebrna nerka prosto z morza

Łowiliśmy w królestwie niedźwiedzi

Łowiliśmy w królestwie niedźwiedzi

Podsumowując wrażenia z łowów pacyficznych łososi:

- Porównując kilogram do kilograma ryby, wszystkie gatunki łososi pacyficznych są silniejsze od naszych (przed wyprawą nie sądziłem że to napisze),

- Mimo że są ich miliony, nie są od razu takie proste do złowienia, czasu wymaga dopasowanie przynęt i metody ich prowadzenia

Przed wyjazdem spotkałem się z mitem, że te ryby nie biorą, te co się łowi są podhaczane. Jeśli ktoś widział podobne zachowania jak te, które my obserwowaliśmy nad Montaną miał prawo wygłaszać takie sądy. Niemniej jednak, jest to bzdura, wszystkie agresywnie brały. W tym do najbardziej sportowych zaliczam Ketę, Kiżucze i Gorbuszę za to, że uwielbiają strimera, a walka z nimi jest fenomenalna,. Nerka to wspaniała ryba jednak metoda łowienia jest troszkę mniej atrakcyjna. Chociaż z drugiej strony wszystko rekompensuje dynamiczny hol.

 

Jeśli coś rozczarowuje to tłumy ludzi nad wodą, większe niż u nas na otwarciu. W około dzika przyroda, niedźwiedzie, orły, łosie i wszystko zepsute przez ogromną presję. Zrozumieliśmy, że żeby poczuć naprawdę dziką Alaskę, należy oddalić się od miejsc do których można dojechać samochodem. Mały samolot to rozwiązanie jakie przyjmujemy na drugą część wyprawy. Udamy się nim nad rzekę Kobuk uchodzącą do Cieśniny Beringa by zmierzyć się z Tarponem Północy. Jak się udało? Zapraszam do lektury kolejnego artykułu.

Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS