Gigantyczne Sieje – Tarpony Północy

2009-09-03

artykuł był opublikowany w magazynie Wędkarstwo moje hobby

W poprzednim artykule opisałem pierwszą część wyprawy na Alaskę. Sposoby łowienia pacyficznych łososi oraz towarzyszącą temu wędkarską presję. Jeśli gdzieś są drogi, którymi da się dojechać nad wodę, są też wędkarze. Chcąc zaznać uroków alaskańskiej dziczy przez duże D, decydujemy się polecieć nad rzekę Kobuk uchodzącą do Cieśniny Beringa. Jest to jedna z większych rzek tego stanu a środkowa część jej biegu wraz z otaczającymi ją terenami to Park narodowy Doliny Kobuk, słynny z wędrówek reniferów. We wrześniu ponad 6 mln sztuk tych zwierząt przeprawia się na jej drugą stronę. Widok podobno jest imponujący.

My decydujemy się na wyprawę na obrzeża parku, na ziemie należące do Inuitów (tak mówią na siebie Eskimosi), którzy zachowali sporą autonomię. Wprowadzili też prohibicję. Nie są genetycznie odporni na alkohol, w związku z tym bardzo szybko się upijają i uzależniają.

Mały samolot leci na niskim pułapie, tak że możemy podziwiać mnogość rzek i jezior. Mimo bogactwa wody czujemy surowość tej krainy, która wyłania się z pod śniegu tylko na cztery miesiące w roku.

Na horyzoncie zaczynają majaczyć zabudowania, obok prosta linia, która jest wyrównanym kawałkiem tundry, na której pilot podejmuje udaną próbę lądowania. Jesteśmy w Ambler, Eskimoskiej osadzie. Widzimy, że ryb nie brakuje, bo miejscowi suszą je przed chatami by móc karmić psy zaprzęgowe podczas zimowych wypraw. Mieszka tam odciętych od świata 300 Inuitów oraz kilku białych traperów. W osadzie jest sklepik (taki jaki prowadziła Ruffen, postać z serialu Przystanek Alaska). Klient znajdzie w nim powidła, amunicje, gwoździe i broń. U właściciela można również przenocować. Część ekipy wybiera takie rozwiązanie, cześć decyduje się popłynąć z eskimoskim przewodnikiem dalej w górę rzeki i rozbić obóz na łonie natury.

Nie dane nam jednak będzie zrealizować tych planów. Okazuje się, że cena, wynegocjowana przed naszym przybyciem, za podwiezienie łodzią, na dogodne miejsce do obozowania wzrosła. Miało być po 64 dolary za wędkarza, jednak właściciel łodzi oświadcza, że obecnie usługa, wskutek wzrostu światowych cen paliw, kosztuje 1600 dolarów za osobę. Trwają targi, mija czas, Eskimos schodzi o połowę, jednak jego tryumfująca mina mówi, że jeśli damy się gdzieś wywieźć na pustkowie to i tak zapłacimy tyle ile mamy przy sobie. Inaczej po prostu nas nie odbierze.

12 kg szczęścia

12 kg szczęścia

Traper Bob, zawsze gotowy do strzału
fot. Andrzej Kulka

Traper Bob, zawsze gotowy do strzału fot. Andrzej Kulka

szczęśliwy Dariusz
fot. Maciej Król

szczęśliwy Dariusz fot. Maciej Król

Decydujemy się zostać w Ambler ale to nie podoba się miejscowym. Pojawia się wódz oraz wielu pijanych (mimo prohibicji – butelka whisky u przemytników kosztuje 200USD) przedstawicieli lokalnej społeczności. Zostajemy poinformowani, że swobodnie możemy poruszać się tylko brzegiem rzeki oraz drogą biegnącą wzdłuż wsi – to tereny Stanów Zjednoczonych. Jednak wszystko na czym rośnie trawa należy do Inuitów i my tam wchodzić nie możemy.

Sympatia do tego ludu wykształcona dzięki lekturze szkolnej z dzieciństwa, autorstwa Centkiewiczów Odarpi syn Egigwy prysła jak bańka mydlana.

Nasza kwatera w Ambler, z zewnątrz licha rudera, w środku wygląda imponująco. Na ścianach wiszą trofea myśliwskie i wędkarskie: wypchane ryby, głowy reniferów, muflonów, niedźwiedzi, fiszbiny wieloryba, nawet mors. Na komodzie leżą dwie szczęki mamuta, jest też sporo zębów tych wymarłych zwierząt. Właściciel widząc nasze zdziwienie tłumaczy, że wystarczy w ogródku łopatą ruszyć aby natknąć się na skamieniałości. Zęby proponuje po 100 USD za sztukę. Ciągle nie wierząc w to co słyszymy, liczymy że opowie o odnajdowanych zamarzniętych mamutach, które najlepiej smakują duszone z grzybami i cebulką.

Jednak nie dla mastodontów przelecieliśmy taki szmat drogi. Naszym celem jest tarpon północy, ryba mityczna nawet dla mieszkańców południowej części Alaski. Nelma (Stenodus leucichthys nelma), bo tak brzmi jej polska nazwa to wielka sieja, która żyje w lodowatych wodach morza Beringa i morza Czukockiego. W wieku 8 – 9 lat osiąga dojrzałość płciową i jakieś 8 - 12 kg wagi. Wtedy wpływa na tarło do rzek, między innymi są to Yukon i Kobuk.

Powyżej wioski znajduje się ujście rzeki Ambler do Kobuku. I tam się udajemy aby rozpocząć wędkowanie (brzegiem by nie wchodzić na trawę).

Decyzja o pozostaniu okazała się strzałem w dziesiątkę.  Właśnie to miejsce wybiera nelma na przystanek swej długiej wędrówki. Obfitość innych gatunków ryb przy ujściu umożliwia jej regeneracje sił. Bo tarpon północy to drapieżnik, niezwykle agresywny, który w przeciwieństwie do łososi podczas wędrówki tarłowej poluje.

nie chciały pozować

nie chciały pozować

brały z każdego rzutu
fot. Maciej Król

brały z każdego rzutu fot. Maciej Król

Dariusz i jego kibic
fot. Maciej Król

Dariusz i jego kibic fot. Maciej Król

Rzeka w tym miejscu jest szeroka jak Wisła w Warszawie, więc odkładam muchówkę i przepraszam się ze spinningiem. Ciężka trociowa wahadłówka poprowadzona wachlarzem blisko dna wywołuje istną furię wśród ryb.

Biorą z każdego rzutu! Wiem, że to niewiarygodne ale tak było, brały z każdego rzutu! Po zacięciu efektownie skaczą, jednak hol na trociowym sprzęcie i mocnej plecionce nie jest zbyt długi, mimo wagi ryb.

Trwa istna wędkarska orgia. Pojawia się też miejscowy biały traper – Bob. Poza wędką ma karabin i magnum 44. Nie ufa obcym. Zresztą my też z ręki byśmy go nie karmili. Mówi, że codziennie musi złowić sześć sztuk, by je ususzyć i mieć zimą dla husky. Pomagamy i darowujemy jakieś 120 kg a on pomaga nam załagodzić stosunki z Eskimosami. Dla niego łowienie to praca a dla nas przyjemność. Dzięki nam może zrobić sobie wolne. Te 12 ryb to mały ułamek tego co łowimy i wypuszczamy.

W dalszych dniach nawet pływanie łodzią nie stanowi już problemu, dzięki Bob’owi ceny zeszły do poziomu sprzed przyjazdu a raczej do poziomu kosztu butelki whisky.

Okazuje się, że ryby łowione w środku nurtu walczą rewelacyjnie, niczym prawdziwe tarpony. Inuicki przewodnik tłumaczy, że te które trzymały się bliżej brzegu stojąc w słabszym nurcie, dopiero co przypłynęły, są zmęczone. Okazy, które łowimy na środku rzeki, przybyły wcześniej i zdążyły poprzez intensywne żerowanie nabrać energii.

Na łodzi łowimy w czterech, jednak nie zdarza się aby przynajmniej trzech z nas nie holowało skaczącej bestii. Czwarty zwykle odhaczał zdobycz.

Po pewnym czasie właściciele aparatów odkładają wędki, są nasyceni. Chwytają za aparaty. Czy zdjęcia się udały? Oceńcie sami.

Maciej Król

Fot. Kulka Group

w chwilę po zacięciu. fot. Andrzej Kulka

w chwilę po zacięciu. fot. Andrzej Kulka

na woblery też brały
fot. Andrzej Kulka

na woblery też brały fot. Andrzej Kulka

i tak bez przerwy
fot. Andrzej Kulka

i tak bez przerwy fot. Andrzej Kulka

walka
fot. Andrzej Kulka

walka fot. Andrzej Kulka

Szczęki mamutów
fot. Maciej Król

Szczęki mamutów fot. Maciej Król

Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS