Słowenia, odczarowanie Edenu
2011-10-23
Huczało w Internecie, tym polskim i anglojęzycznym. Prasa (polska i międzynarodowa) prześcigała się w opisach przygód wędkarzy, mnożyły się opowieści przekazywane wśród kolegów o muszkarskim raju – Słowenii. Przy tak wszechstronnej rekomendacji trudno pozostawać obojętnym, zwłaszcza, że Eden jest oddalony zaledwie o kilkanaście godzin jazdy samochodem. Jeśli te opowieści miały być prawdziwe, chociaż w połowie, dlaczego nie mielibyśmy zweryfikować ich na własnej skórze, odwiedzić tą górzystą krainę a zdobytym doświadczeniem podzielić się z czytelnikami?
Kilka lat temu dane mi było wędkować z niemałymi sukcesami w Bośni, która poważnie ucierpiała na skutek wojny, jaka wybuchła po rozpadzie Jugosławii. Tam wędkarska turystyka dopiero raczkowała powoli odbudowując wyniszczony rybostan (Bośniacy opowiadali mi jak w czasie wojny polowali na głowacice – granatami. Traktowali je wówczas, jako źródło białka a nie dewiz potencjalnych turystów). Słowenie ominęła wojenna zawierucha, dlatego przeczytane i zasłyszane opowieści na pewno były zasadne.
Raj dla muszkarzy, rzeki pełne ryb, ale jakich ryb? Zacznijmy od tego, że kraj dzielą dwa działy wodne z odmiennymi ekosystemami. Rzek, które swój bieg kończą w Adriatyku oraz tych, które poprzez Dunaj wpadają do Morza Czarnego.
Królową zlewni Morza Czarnego jest głowacica, na którą liczyć możemy w takich rzekach jak Sava wraz z dopływami. Połączone wody Savy Bohinjki oraz Savy Dolinki tworzą właściwą Savę. Wśród Europejskich muszkarzy najbardziej popularna jest właśnie Sava Bohinjka. Opiekę nad jej rybostanem prowadzi lokalna organizacja wędkarska Ribiska Druzina Bled. Dzięki jej działalności w rzece poza głowatkami złowić możemy pstrągi potokowe, lipienie oraz sztucznie introdukowane pstrągi tęczowe.
Warto dodać, że w pobliżu znajduje się malownicze, turystyczne miasteczko Bled u stóp, którego swe turkusowe wody rozlewa Blejsko jezero. Możemy w nim zapolować na jeziorowe trocie, sandacze, szczupaki, sumy a łowcy ryb spokojnego żeru zmierzą się z okazałym karpiem. (Zdjęcia okazów, które mogliśmy obejrzeć w pobliskim sklepie wędkarskim, naprawdę robiły wrażenie.)
Ceny licencji na połów w Savie Bohinjce zaczynają się od 40 Euro za dzień (licencja złów i wypuść), 55 Euro w ramach, której możemy zabrać 3 ryby oraz limitowana licencja (wydawanych jest 5 dziennie) na Trophy Part gdzie możemy liczyć na szczególnie duże okazy – 80 Euro.
25 Euro kosztuje licencja na połów w jeziorze. Oddzielnie sprzedaje się zezwolenia na głowacice (40 Euro), na które sezon zaczyna się 15 listopada a kończy 14 lutego.
Dokonując jednorazowego zakupu na trzy lub więcej dni liczyć możemy na zniżki.
40 Euro za dzienną licencję niektórym może wydawać się wygórowaną ceną, inni twierdzą, że to stanowczo za mało. Pamiętajmy, że nie opodal (godzinę jazdy samochodem) leżą Włochy, z Austrii też nie jest daleko. Ponadto nad wodą można spotkać mnóstwo wędkarzy z reszty Europy. Każdy, kto stanął pierwszego stycznia nad pomorską rzeką, umie sobie wyobrazić, co znaczy mnóstwo. W czerwcu wszystkie miejsca, gdzie można zaparkować samochód, zejść do wody, rozwinąć sznur były oblężone przez międzynarodowe towarzystwo. Wszędzie przez polaryzacyjne okulary widzieliśmy ryby, rzeka była nimi wręcz wybrukowana, niemniej ten widok był nader często zasłaniany przez tych, którzy pojawili się na miejscówce wcześniej. Jeśli komuś uda się po niemałych poszukiwaniach „wbić” w dogodne miejsce, musi pamiętać, że przed nim tysiące razy wodę obrzucono włoskimi nimfami, austriackimi strimerami oraz niemieckimi „pancernymi muchami” zawiązanymi na 10 – 15 gramowych główkach jigowych. Rozsądnym rozwiązaniem było zająć z góry upatrzoną pozycję, przy czym należało to zrobić przed piąta rano by przestać na niej cały dzień.
Mimo niewątpliwej obfitości ryb postanowiliśmy udać się bardziej w głąb Słowenii, nad Soče, która wraz z dopływami jest krainą owianego legendą pstrąga marmurkowego, dorastającego do 25 kg i 120 cm. Soča swój bieg kończy w Adriatyku i jest częścią drugiego działu wodnego Słowenii. (Nad Sočą wraz z dopływami w okolicach miejscowości Tolmin opiekę sprawuje Ribiska Druzina Tolmin.) Wędkowanie w tym okręgu jest nieco droższe, ponieważ licencja dzienna złów i wypuść kosztuje 54 Euro, a licencja pozwalająca zabrać trzy ryby kosztuje 68 Euro. Obszar, z którego można zabierać ryby (objęty powyższą licencją) jest ograniczony. Wyższe ceny oraz trudniejszy dojazd (góry, serpentyny) sprawiają, że presja w tym regionie jest nieco mniejsza. Można znaleźć interesujące miejsce, nawet takie, które miało szanse nie być obławiane danego dnia.
Niegdyś w rzekach uchodzących do Adriatyku pstrąg marmurkowy był jedynym, na dodatek endemicznym salmonidem. Spośród innych występujących ryb uwagę muszkarzy przyciągał lipień. Ingerencja człowieka „wzbogaciła” te wody o inne łososiowate. Obficie zarybiano pstrągiem potokowym oraz tęczowym. Jeśli tęczak dostarczał ogromnej frajdy wędkarzom to pstrąg potokowy poważnie namieszał w ekosystemie. Zaczął krzyżować się z pstrągiem marmurkowym a hybrydy pozostawały płodne i nadal się rozmnażały.
Od 15 lat Słowenia zabrania zarybień potokiem rzek, których wody kończą swój bieg w Adriatyku. Nieoficjalnie uprasza się wędkarzy, którzy wykupili licencję z możliwością zabrania złowionej ryby, aby brali właśnie potokowce, ewentualnie ich hybrydy. Działania takie wydają się skuteczne, bo podczas dwóch wizyt nad Sočą i Idrijcą udało się nam złowić tylko jednego przedstawiciela tego gatunku.
Za to bardzo dobrze w Słoweńskich rzekach ma się populacja pstrąga tęczowego. Ryby te w większości rzek przystępują do tarła, które kończy się sukcesem. Wykształciły dziką populację. Oczywiście poza utrzymywaniem dzikiej populacji gospodarze wód prowadzą intensywne, częste zarybienia, tak by przyjezdni wędkarze dobrze się bawili.
Obfitość pstrąga tęczowego przyciąga wędkarzy z całej Europy a nawet i ze Świata. Opłaty, jakie są wnoszone za licencje pozwalają utrzymać stan rzek w doskonałej kondycji, prowadzić ochronne działania nad endemicznym gatunkiem, pstrągiem marmurkowym, utrzymać strażników. Ich obecność jest niezbędna. Mimo, że byliśmy kontrolowani niemal codziennie to niemal równie często spotykaliśmy miejscowych amatorów metody spławikowej, którzy przy pomocy czerwonego robaka, bądź skórki od chleba próbowali wzbogacić swoją dietę o rybie białko. Sądzę, że przy braku wystarczającej kontroli Słoweńskie rzeki szybko upodobniłyby się do naszych. Jeden z poznanych strażników o problemie kłusownictwa powiedział, iż jest to plaga gorsza od kormoranów.
Poza rybami łososiowatymi w rzekach obficie występuję brzany i klenie. Wbrew pozorom są częstym przyłowem. Z zajadłością atakowały strimery budząc nasze niemałe zdumienie.
Jeśli zdecydujecie się na wyjazd do Słowenii proponuję, jako bazę wypadową obrać Bled (nieopodal Sava Bohinjki) lub Tolmin ( w pobliżu Sočy i jej dopływów). W tych miejscowościach bez problemu znajdziecie zakwaterowanie i to o wysokim standardzie. Nocleg średnio kosztuje około 15 Euro za osobę. Można również znaleźć tańsze lub droższe rozwiązania.
Terminu, w jakim odwiedzimy Słowenie nie można zaplanować na 100%. Opisane rzeki są bardzo wrażliwe na opady, szybko się brudzą, wolno czyszczą. Należy śledzić prognozy pogody, także warto kontaktować się z opiekunami łowisk, którzy na bieżąco poinformują nas o panujących warunkach oraz prognozach na najbliższe dni.
Pobyt najlepiej zaplanować tak by łowić od poniedziałku do piątku. Wędkowanie w weekendy nie jest warte polecenia, presja zwiększona po trzykroć, nad brzegami poza wędkarzami ich rodziny, które urządzają grilla, ognisko.
Sezon rozpoczyna się w kwietniu a kończy w październiku (na poszczególnych rzekach dla poszczególnych gatunków sezon może trwać krócej). Wiosną spodziewajmy się pośniegowej wody, mimo to zdaniem miejscowych jest to atrakcyjny okres. Ryby aktywnie żerują, są także mniej przekute. Liczyć również możemy na te nieostrożne, pochodzące ze świeżych zarybień.
Woda w Słoweńskich rzekach ma barwę turkusową, (jeśli od kilku dni nie pada) a jej przejrzystość jest wręcz niewyobrażalna. W takiej wodzie, nawet z daleka jesteśmy wstanie dostrzec ryby. Szkopuł polega na tym, że jeśli my je widzimy to one zobaczyły nas już jakiś czas temu. Dlatego powinniśmy robić wszystko, co możliwe, aby ukryć swoją obecność. W większości przypadków nie jest to możliwe, jednak warto próbować, inaczej mimo bogatego rybostanu możemy wrócić o kiju. Z tego też powodu należy szczególną uwagę poświęcić porannemu oraz wieczornemu wędkowaniu.
Zdarzało się, że aktywne ryby odprowadzały mojego strimera pod sam brzeg, czasem lekko go podskubując. Natychmiast cofały się, gdy mnie dostrzegły. Później mogłem wiele razy rzucać tą przynętą, jednak nie budziła już zainteresowania. Po zmianie sytuacja natychmiast się powtarzała. Co się dziwić tej niezwykłej ostrożności? Codziennie w każdym dogodnym miejscu przewijało się kilkunastu nawet kilkudziesięciu wędkarzy. Te ryby po wiele razy były już złowione.
Dlatego mały deszcz bywał zbawienny. Lekko trącona woda to szansa na złowienie okazu. Nie popadnę w przesadę, gdy napisze, że mętna woda podnosiła średnią długość łowionych przez nas ryb o jakieś 10 cm. Niestety, lekko trącona woda ma to do siebie, że po pewnym czasie, godzinie może kilku, staje się po prostu brudna. W Słowenii oznacza to koniec wędkowania nawet na kilka dni.
Marzeniem każdego przybysza jest pokonanie pstrąga marmurkowego. Powinniśmy ich szukać w bardzo głębokich, nawet kilku metrowych rynnach. Aby takie miejsca skutecznie obłowić niezbędne są bardzo szybko tonące sznury. Osobiście używałem intermedialnej linki z tonącą końcówką, której prędkość opadania wynosi 8 cali na sekundę. Czasem to i tak nie wystarczało, dlatego do zestawu montowałem mocno dociążone muchy.
Podczas naszego pobytu ani razu nie trafiliśmy na rójkę owadów, dlatego stosowane techniki ograniczyliśmy do strimera i długiej nimfy. Hitem numer 1 są białe strimery, prawdopodobnie wyglądają naturalnie w czystej wodzie. W traconej, bardzo skuteczne okazały się różnego rodzaju czarne imitacje pijawek. Efekty dawały również zonkery w kolorze oliwki. Zaczynaliśmy od 5 -6 centymetrowych imitacji, jednak z czasem nabieraliśmy odwagi. Strimery w rozmiarze 8 – 12 cm okazały się najodpowiedniejsze, chociaż jednego ze swoich marmurów złowiłem na muchę szczupakową (białą) w rozmiarze 20 cm.
Jeśli chodzi o nimfy to jak zwykle łowne były złotogłówki tyle, że bardzo dociążone. W mętniejącej wodzie ryby preferowały te z jaskrawym dodatkiem. Popularne są również duże imitacje widelnic.
Do nimfy polecam zabranie kija w klasie 6. W przypadku delikatniejszego zestawu hole będą przeciągać się w nieskończoność. Niepotrzebnie umęczymy zacięte ryby przy okazji płosząc te, które dopiero planujemy złowić. Do strimera rekomenduje zabranie potężniejszych wędek w klasie 7 - 8. Wielkość a także ciężar skutecznych na tych wodach much nie pozwalają na zabawę delikatnymi kijkami.
Pamiętajmy, że w Słowenii możemy łowić tylko na jedną muchę, która powinna być zawiązana na haczyku bezzadziorowym, używanie haczyków z zadziorami jest zabronione. W ostateczności zadziory możemy przygiąć. Osobiście uważam, że z haczyków z przygniecionymi zadziorami ryby często spadają, inaczej rzecz się ma w przypadku oryginalnych bezzadziorowych.
W Europie wszędzie gdzie są ryby, szczególnie te, które możemy łowić na muchę będą i wędkarze. Nie ma się, co łudzić wybierając się do Słowenii, Bośni, Chorwacji czy jakikolwiek pstrągowego Edenu, że będziemy wędkowali samotnie. Jeśli zaakceptujecie ten fakt to czekają Was ekscytujące hole, dużych, walecznych pstrągów. Decyzje pozostawiam Wam.
Maciej Król
Fot. Maciej Król, Michał Krzyżanowski
Artykuł ukazał się w magazynie Wędkarstwo Moje Hobby
© Wszelkie prawa zastrzeżone przez Rybolownia.pl










