Gwinea Bissau. Po drugiej stronie Afryki

2011-10-23

Rok temu pragnienie złowienia ogromnej ryby, ryby życia zaniosło nas na kenijskie wybrzeże Oceanu Indyjskiego. Marzenie zostało spełnione, każdy pokonał marlina i wiele żaglic. Przy okazji łowiliśmy inne, niezwykle waleczne gatunki, jednak walka z nimi nie dawała satysfakcji. Były to ryby o masie 10 - 15 kg, zbyt małe by stawiać skuteczny opór zestawom obliczonym na hol 300 kg gigantów. Postanowiliśmy, że na kolejnej wyprawie będziemy łowić morskie, tropikalne gatunki, ale tak jak nakazuje wędkarski kunszt, zestawami dobranymi odpowiednio do wytrzymałości ryb. Najlepiej na spinning a może i na muchę. 
Nie prosto było znaleźć miejsce, które by w stu procentach spełniało założone kryteria. Rozważaliśmy wschodnie wybrzeże Afryki, Zatokę Meksykańską i wiele innych destynacji. Nagle, jednocześnie z kilku stron pojawiły się sygnały o nieznanym nikomu kraju, archipelagu setek wysp, których przybrzeżne wody nadal obfitują w waleczne morskie drapieżniki. 
Gwinea Bissau - gdzie to u diabła jest? Nie słyszałem innej reakcji gdy nieśmiało podrzucałem pomysł znajomym. Sam nie wiele mogłem powiedzieć. Drukowane przewodniki po prostu pomijają to miejsce a w Internecie też nie za wiele. Wikipedia podaje dosłownie kilka zdań, które warto, by uzmysłowić czytelnikom klimat naszego przedsięwzięcia, przytoczyć:
Gwinea Bissau – państwo w zachodniej Afryce, nad Oceanem Atlantyckim. Graniczy z Senegalem i Gwineą. Należą do niej również liczne przybrzeżne wyspy, z których największe skupione są w Archipelagu Bijagos (celu naszej wyprawy). Następnie czytamy kilka wersów na temat zamachów stanu, puczów wojskowych i wojnach domowych by dojść do bardzo treściwych informacji na temat gospodarki: 
Gwinea Bissau należy do grona najbiedniejszych państw świata z długiem zagranicznym sięgającym prawie miliarda dolarów. Najważniejszymi produktami eksportowymi są orzechy nerkowca  i orzeszki ziemne. Gwinea Bissau jest miejscem działania kokainowych karteli kolumbijskich. Sprzyja temu dogodne położenie a przede wszystkim powszechna korupcja i związana z tym bieda.
Poza tymi informacjami, można znaleźć śladowe wieści na temat wędkarstwa. Obecnie nie tylko firmy pochodzące z Francji oraz Wielkiej Brytanii organizują wyprawy w to wcale nie tak odległe miejsce. Jest i polski operator.
Szukaliśmy również danych na temat stanu rybołówstwa. Kraj o którym tak niewiele się mówi z pewnością nie posiada flotylli trałowców, nie prowadzi odłowów na skalę przemysłową a co za tym idzie, może stanowić prawdziwe wędkarskie eldorado. Może warto podjąć ryzyko?
Głównym celem ciągle nielicznych wędkarskich wypraw do Gwineii Bissau są karanksy, (gatunek ostroboka znany wędkarzom z filmów Rex’a Hunt’a), snapery (polska nazwa -  lucjan) , graniki, barakudy, także ogończe i rekiny. Cierpliwym trafiają się tarpony.
By skutecznie je łowić organizator zapewniał kije o sile wyrzutu 400g, kołowrotki w klasie 7000 oraz plecionki o wytrzymałości 50 kg. Kaliber sprzętu wywołał wśród nas salwy śmiechu. Wszak zdobycz maksymalnie miała dochodzić do kilkunastu kkilogramów a zaproponowane zestawy były odpowiednie ale do połowu dwumetrowych sumów. W związku z tym przygotowaliśmy własne wędki o masie wyrzutu 100g - 150g, kołowrotki w klasie 5000 i znacznie delikatniejsze plecionki. Niestety nasz sprzęt już pierwszego dnia nie wytrzymał konfrontacji z brutalną siłą mieszkańców Archipelagu Bijagos ale o tym później.
Dotarcie do Bissau (stolicy państwa) jest banalnie łatwe. Czterogodzinny lot do Lizbony, tam przesiadka i po kolejnych czterech godzinach lądujemy u celu. (To najbliższe Polski, egzotyczne przez duże E miejsce).  Powietrze przepełnia słodkawy zapach, który miesza się z potem podróżnych. Niezwykły jazgot kilkunastu czarnoskórych pomocników, wyrywających sobie nasze bagaże. Chciałbym tutaj podkreślić słowo czarnoskórych. Mieszkańcy Afryki Zachodniej, mają skórę o najczarniejszym odcieniu, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Czysty heban.
Od celu dzieliło nas dwie godziny jazdy przez afrykański interior oraz kilku godziny rejsu na wyspę, która miała stać się naszym domem i bazą wypadową na kolejne dziewięć dni. 

Łodzie, na których mieliśmy wędkować wyposażono w dwa silniki (po 100 koni każdy).  I były to najpotężniejsze jednostki, jakie tam widzieliśmy. W labiryncie lasów mangrowych, przez który wiódł pierwszy etap morskiej podróży mijaliśmy tylko dłubanki tubylców. Nasze przypuszczenia się potwierdzały. Na tych wodach nikt nie używał niewodów.
 Bogactwo otaczającej przyrody odbierało mowę. Niezwykła różnorodność wodnego ptactwa: flamingów, pelikanów, kilku gatunków czapli porażała kolorami. Posmak przygody dopełniały towarzyszące łodziom delfiny.
Pierwszego dnia wędkarzom zawsze towarzyszy spora dawka niepewności. Czy będą brały? Bo jeśli nie to urlop, pieniądze wyrzuciliśmy w błoto. Pierwsze godziny zasiały ziarno niepokoju co do słuszności wyboru destynacji. Przewodnicy „wozili” nas po oceanie, w miejsca, które przypominały pralkę automatyczną. Tam gdzie kumulowały się największe fale, tworząc nieprzyjemną dla żołądków kipiel. Piętrzącą się wodę obławialiśmy popperami, szybko prowadzonymi po powierzchni fal. Po dziesięciu minutach bez brania płynęliśmy w kolejne podobne miejsce, znów rzucaliśmy coraz bardziej bez wiary. Nie wiedzieliśmy nawet na co polujemy, czy w odpowiednim tempie prowadzimy przynęty? Załoga używała lokalnego języka, który był mieszanką portugalskiego i kilku narzeczy okolicznych plemion, komunikacjanie należała do prostych zadań. Znali jeden zrozumiały zwrot a znajomość ta świadczyła, iż nie byliśmy pierwszymi Polakami na Bijagos – kombinerki k……a.
Po upływie kilku godzin zmieniliśmy metodę. Już na spokojniejszej wodzie zaczęliśmy opukiwać dno pilkerami. Najwyżej po minucie poczułem potężne szarpnięcie, linka zaczęła się wysnuwać z charakterystycznym odgłosem młynka do kawy. Trwało to dobre 30 sekund aż snaperowi (tak załoga zidentyfikowała przeciwnika znajdującego się po drugiej stronie zestawu) udało się przetrzeć plecionkę o rafę. Stratę pilkera poczytano jako zły znak, postanowiono po raz kolejny zmienić miejsce. (Nawiasem mówiąc przez kilka godzin zdążyliśmy spalić czterdzieści litrów benzyny.)
W oddali zobaczyliśmy dobrze znany z dzieciństwa i pierwszych mazurskich wypadów widok, stado mew przypuszczało zajadłe ataki na drobnicę. Polowały na nią nie tylko ptaki, także karanksy. Trzy rzutu i wszyscy jednocześnie holowaliśmy ryby. Niezwykle waleczne ryby. Hole trwały około 8-10 minut by na koniec okazało się, że złowiliśmy nieduże 3 - 4 kg sztuki. Zabrane przez nas wędki gięły się do granic wytrzymałości a kołowrotki jęczały niemiłosiernie. Zaczęliśmy nieco wątpić w odpowiedniość naszego sprzętu. 
Każdy zdążył wyciągnąć po kilka ostroboków, gdy nagle mewy odleciały, drapieżniki przestały żerować a mój kołowrotek przestał się kręcić.
Załoga bez pośpiechu rzuciła kotwicę i powoli, celebrując każdą czynność, zaczęła przygotowywać posiłek. A miało nim być Carpaccio ze świeżego karanksa. Najlepsze Carpaccio jakie dotąd jadłem.
Drugą połowę dnia rozpoczęliśmy kilkoma udanymi holami snaperów, bardziej wymagającymi w porównaniu z karanksami, które walczą zajadle, jednak trzymają się blisko powierzchni wody. Snapery, oraz graniki po zacięciu natychmiast głęboko nurkowały szukając kryjówki przy dnie. Nawet najgrubsze plecionki nie były wstanie powstrzymać tego pierwszego odjazdu. Trzeba sporej siły i nie mniejszej dozy szczęścia by taki hol zakończyć sukcesem.

Wróciliśmy w miejsca gdzie krzyżowały się morskie prądy wywołując przy tym wysokie na dwa metry fale. Znów rzucaliśmy bez przekonania, nie widzieliśmy mew, więc nie wierzyliśmy w sukces. Po którymś tam podaniu przynęty dostrzegłem żółty cień, zajadle goniący mojego poppera, niestety spudłował. Rzuciłem jeszcze raz, potężne uderzenie i kołowrotek zaczął wygrywać melodię miłą sercu każdego wędkarza. Nigdy wcześniej nie walczyłem z tak silną i dynamiczną rybą. Długie odjazdy, nagłe zwroty, ucieczki pod łódź, przekładanie wędek i zamiana miejsc miedzy łowiącymi, (koledzy również borykali się z problemem zwanym ostrobok).
Hol trwał kilkanaście minut, używałem tym razem sprzętu będącego w pakiecie (opis parametrów powyżej), zdobycz ważyła jakieś 14 kg. Życzę wszystkim wędkarzom chociaż jednego w życiu tak dynamicznego holu. Gdy wspominam tę walkę, chowają się wszystkie łososie, czarniaki i inne do tej pory łowione przeze mnie gatunki.
Po tej walce było jeszcze wiele kolejnych, czasem po którejś w serii, w duchu żałowaliśmy: na cholerę był mi ten kolejny rzut i kolejny meczący hol. Wiem, że bluźnie, jednak nie sposób o tym nie pisać.
Pod koniec dnia na horyzoncie ukazała się łódź naszych towarzyszy a w głośnikach radiostacji usłyszeliśmy polską mowę: sandacz kąsa, sandacz kąsa... Na takie wywołanie pozostało odpowiedzieć: szczupak trąca, szczupak trąca. Rozpierała nas ciekawość, ile wyjęli karanksów, snaperów, graników?
Jakież było nasze zdumienie gdy usłyszeliśmy: mamy kilka cobi, barakud i cztery płaszczki (chodziło o ogończe). Największa 85 kg! Jak to cobie, barakudy, ogończe? Chociaż łowiliśmy na tym samym akwenie mamy zupełnie inne ryby... Dopiero zaczynaliśmy rozumieć, jak nieprzebrany potencjał kryją te wody.
Na zakończenie dnia na dwóch łodziach wynik poprawiły złowione rekiny, tak aby przynajmniej jeden gatunek się powtórzył.
Wieczór upływał w atmosferze opowieści podczas których każdy udowadniał towarzyszom, że to on miał najtrudniej, najciężej, najniebezpieczniej.
Wątpliwości budziła tylko osiemdziesięciopięcio kilowa płaszczka Piotra. Miał to być jego życiowy rekord w masie oraz długość ryby. Niemniej natychmiast zawistni sceptycy postawili pytanie: Czy płaszczka to ryba? Jeśli nawet tak, to czy ogon płaszczki liczy się do jej długości? Wprawdzie obecny w ekipie zawodowy ichtiolog rozstrzygnął wątpliwości na korzyść łowcy, jednak niepewność pozostaje. Niech czytelnicy rozstrzygną ten dylemat sami w zgodzie ze swoim sumieniem.
Podczas kolejnych dni doskonaliliśmy kunszt łowiąc wiele egzotycznych ryb. Doszliśmy do perfekcji w prowadzeniu i doborze przynęt. Rozczarowały tylko barakudy, które w porównaniu z resztą tutejszej rybiej fauny, praktycznie nie walczyły. Za to nasza załoga bardzo lubiła, gdy brały. Po ich spróbowaniu, zrozumieliśmy, dlaczego. Barakuda ma chyba najdelikatniejsze mięso, jakie może istnieć.

Bigos z Piotrem odkryli, że nie tylko łódź gwarantuje sukces. Spinningując z brzegu  wyholowali ogromne ostroboki. Temu pierwszemu udało się także złowić karanksa na muchę. Jednogłośnie uznaliśmy, że był to wielki dzień w historii polskiego flyfishing’u. 
Z żadnej wyprawy nie wracałem tak „wyłowiony” jak z tej. I wydawało się, że nic nie jest w stanie zepsuć nam doskonałych humorów. Jednak realia czarnego lądu  dały o sobie znać na lotnisku.
Najpierw skrupulatna kontrola przy wejściu, podczas której okazało się, że wojskowe spodnie, które posiadał jeden z nas stanowią poważny problem natury prawnej. Nielegalne posiadanie munduru! Jednak tę drobną perturbacje pokonaliśmy  raczej bezboleśnie. Stanęliśmy w wielkim tłumie obywateli Gwinei oraz nielicznych Europejczyków do odprawy. W przeciągu godziny nie obsłużono nikogo a czas odlotu zbliżał się nieubłaganie. Pojawił się za to człowiek, który za niewielką opłata oferował pomoc przy załatwieniu formalności. Okazało się, że można tego dokonać nie przy głównych, przeznaczonych do tego stanowiskach a z boku, wchodząc nie jako od zaplecza. Od magicznych drzwi na zapleczu oddzielała nas długa kolejka tych, którzy podobnie jak my byli poinformowali bądź lecieli nie pierwszy już raz. Czekaliśmy w dusznym, gorącym korytarzu pełnym spoconych, zdenerwowanych ludzi. Nasz nowy przyjaciel co jakiś czas siłą przesuwał nas w tej kolejce. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że za drzwiami do iluzorycznej wolności stał uzbrojony, robiący groźną minę żołnierz, który nikogo do środka i tak nie chciał wpuścić. Jednak po iluś próbach popartych twardą walutą znaleźliśmy się wewnątrz.  Wybawiciel zainkasował kolejny banknot i wyparował. 
W pokoju piętrzył się tłum, panował trudny do opisania chaos, gdyż każdy za wszelką cenę starał się przecisnąć do urzędnika siedzącego za biurkiem. Ten nie spiesząc się, ze stoickim afrykańskim spokojem odprawiał pasażerów. Po jakimś czasie, który dla nas trwał wietrzność, dotarliśmy do zacnego jegomościa i my. Pierwotnie planowaliśmy lecieć do Lizbony a z Lizbony do Warszawy (zgodnie z biletem). Ten jednak odprawił nas po swojemu. Wszyscy udaliśmy się do Lizbony, stamtąd zaś część poleciała do Zurychu a część z nas do Frankfurtu. Inaczej niż na biletach jednak nie zamierzaliśmy się kłócić. Wprowadziliśmy tylko własnoręcznie nazwiska do komputera (na co pozwolił) by to co jest napisane na wydrukach biletów miej więcej odpowiadało temu co stało w naszych paszportach. 
W duchu pożegnaliśmy się z bagażami. Nie wierzyliśmy, że dolecą. 
W końcu szczęśliwi usiedliśmy w samolocie wypełnionym jeszcze szczęśliwszymi obywatelami Gwinei Bissau, którzy zapewne otwierali nowy rozdział życia, lecąc do Europy. Portugalska obsługa jeszcze tylko przeszła się wzdłuż pokładu rozpylając dwie butelki dezodorantu i wystartowaliśmy.
Udało nam się wrócić na łono ojczyzny w całości, naszym bagażom, o dziwo też, tyle że trzy dni po nas. 
Swoją drogą pracownicy lotniska stworzyli całkiem skomplikowany system by wyłudzić od pasażerów pieniądze. By skutecznie działał musieli ściśle ze sobą współpracować.
Czas zaciera te mniej miłe wspomnienia, oczami wyobraźni widzę już tylko błękitną wodę i ryby w niej żyjące. Dla takich holi można znieść nawet lotniskowe perturbacje.
J
Maciej Król
fot. Maciej Król, Piotr Czechowski, Łukasz Pierzynowski
 
artykuł ukazał się w magazynie Wędkarstwo Moje Hobby
Web design: Agencja Interaktywna Arcymedia · Powered by: Luppo CMS